piątek, 1 kwietnia 2016

Golden Rose Infinity lash - Najlepsza maskara wśród najlepszych.


Witajcie! Wiecie pewnie, bo mówiłam o tym nie raz, że uwielbiam testować tusze do rzęs. Jestem tuszomaniaczką, jeśli miałabym siebie określić jednym słowem. Testowanie maskar jest dla mnie bardzo ciekawe i interesujące, więc takie właśnie odczucia towarzyszyły mi, gdy w moje ręce wpadł tusz Golden rose infinity lash. Jeśli jesteście ciekawe jak sprawdził się u mnie ten kosmetyk i czy jest godny uwagi – zapraszam do dalszej części posta.




Zacznę standardowo od opakowania. Piękne, fioletowo metaliczne opakowanie od razu przyciąga oko. W środku to błyszczące cudo chowa aż 11ml produktu. Samo opakowanie jak dla mnie na wielki plus. Oprócz tuszu w środku chowa się także szczoteczka. I tutaj też plus. Fajna, duża, włochata szczoteczka. Najbardziej w moje gusta trafiają właśnie takie szczoteczki, bo jak wiecie, ja fanką silikonów nie jestem :D Do tego szczoteczka nabiera odpowiednią ilość tuszu do rzęs, dzięki czemu nie muszę wycierać nadmiaru w chusteczkę, jak to bywa w przypadku większości maskar.



Konsystencja tuszu także jest dla mnie wielkim plusem. Maskary używam już ponad 2 miesiące i tusz ani nie przysechł ani także nie zgęstniał. Ciągle jest taki sam. Nie jest może super mokry ale także nie jest mocno suchy. Dla mnie jest idealny!
Do samej aplikacji także nie mam zastrzeżeń. Aplikuje się szybko i bez problemów. Nie grudkuje, nie skleja rzęs, nie rozmazuje się podczas aplikacji i nie odbija na powiece. Czego chcieć więcej?
O samym efekcie mogę napisać poematy. Od kiedy go używam usłyszałam tyle komplementów na temat swoich rzęs, że do tej pory się zastanawiam, czy to na pewno o moich rzęsach była mowa? Rzęsy są długie, pięknie rozdzielone i bajecznie pogrubione. Nie raz usłyszałam, że wyglądają jak naturalne sztuczne rzęsy :) Chyba nie ma lepszego komplementu.
Co do trwałości tuszu mam tutaj jeden mały minusik. Po kilkunastu godzinach na rzęsach potrafi się minimalnie osypać pod powieką. Ale jestem mu w stanie to wybaczyć. Ponad to trzyma rzęsy tak, jak powinien, nie czuć go na rzęsach, nie obciąża oka. No i oczywiście nie sprawia trudności podczas demakijażu.


Dla mnie jest to jedna z najlepszych maskar, jakie miałam. I na pewno przebija tutaj mojego ukochanego Colosalla.
Daje piękny efekt pełnych, długich i rozczesanych rzęs. Do tego nie jest drogi, bo jego cena to 21,99 i jest łatwo dostępny. Czego chcieć więcej? :)

Miałyście jakiś tusz z Golden Rose? A może miałyście ten, o którym pisałam? A może znalazłyście już tak, jak ja, swój ulubiony, najlepszy tusz? Czekam na Wasze komentarze!
Buziaki ! :*

8 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Cięzko mi na zdjęciu uchwycic jak pięknie wyglada, ale uwierz ze nie tylko wydłuża ale także pogrubia :)

      Usuń
  2. Nie znam, ale podoba mi się jak działa :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Efekt mi się bardzo podoba. Ja miałam 2 tusze GR, ale nie zachwyciły mnie na tyle żeby kupić 3 ;/

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak tylko ściągnę rzęsy to od razu przetestuje. Przed zakładaniem uzywalam tusz z eveline, który jest również świetny.

    OdpowiedzUsuń
  5. Chętnie przetestuję, chociaż nie lubię takich szczoteczek. Ale efekt jest tego warty :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie próbowałam jeszcze ani jednego tuszu z GR, a przecież oni mają wszystko takie super! Gdzie ja mam mózg? xD Rany, mam tylko nadzieję, że mają szczoteczki silikonowe (mają?) - ja włochaczy nie lubię, co chwile mi gdzieś te kłaczki odpadają i mam później problem ;)

    OdpowiedzUsuń