środa, 18 maja 2016

Nowa fryzura, nowy kolor, nowa Alienka! :-)



Jeśli jesteście ze mną długo, wiecie, że mam gęste, puszące się włosy. Dodatkowo zniszczone (bardzo) farbowaniem. Po ostatnim moim wyczynie, jakim było malowanie włosów na kolor różany blond z palette, moje włosy błagały wręcz o to, żebym poświęciła im chwilę uwagi. I tak oto dziś przychodzę do Was, by pochwalić się moim nowym kolorem, nową fryzurą i ogólnie nowymi włosami. Ponad to powiem Wam kilka słów o salonie, w którym przemiła Monika zrobiła w mojej szczoty na głowie piękne, lśniące włosy. Zaciekawione? To czytamy dalej!

Tak wyglądałam przed pójściem do fryzjera, czyli zdjęcie przed :D





Jak już wspomniałam na wstępie, moje włosy są bardzo zniszczone, szorstkie w dotyku, puszą się na każdym kroku. Po ostatnim farbowaniu moje jeszcze w miarę jako tako utrzymujące się końce, zaczęły się łamać i kruszyć, co jest dość wkurzające. Postanowiłam, że czas poświęcić włosom trochę uwagi i zadbać o nie, bo w końcu wypadną mi wszystkie! No i umówiłam się do salonu (o którym kilka słów później) na strzyżenie i farbowanie. Byłam w tym salonie już kilka razy, więc wiedziałam w czyje ręce się oddaję. Dla tych z Was, które nie widziały moich różowych włosów na instagramie, pokazuję Wam je dzisiaj na blogu. Tak, dobrze się domyślacie, były robione właśnie w tym salonie.




Nie miałam kompletnie pojęcia, co zrobię na włosach. Jestem tym typem klientki, która daje sobie zrobić co fryzjer chce – przecież włosy odrosną. Wiedziałam tylko jedno, że chcę mieć ścięte wszystkie niepotrzebne końce na mojej głowie. Nad kolorem się nie zastanawiałam. I tak po chwili namysłu i rozmowie z fryzjerką miałyśmy już plan na moje włosy. A był on prosty: strzyżenie – farbowanie – odżywianie. I tak się zaczęło.

Początkowo oczywiście strzyżenie. Nie miałam obaw co do długości. Byłam przygotowana na drastyczne cięcie, które wcale tak drastyczne nie było. Podczas strzyżenia moje włosy zrobiły się lżejsze o połowę, krótsze o jakieś 10cm i dużo lepiej wyglądały.


Następnie kolor. Przez chwilę przez moją głowę przeleciała myśl, by zrobić się na rudo, ale szybko mi przeszło. Już jakiś czas temu myślałam nad powrotem do naturalnego koloru i miałam teraz właśnie okazję. Zdecydowałam się na ciemny blond, trochę kolor kawy z mlekiem. I tu wielkie ukłony dla Moniki, która w lot, niczym czarownica w swoim magicznym kociołku wymieszała 3 farby. Brąz mokka o ile dobrze pamiętam, fiolet i ociupinkę rudości. Byłam bardzo ciekawa tego co wyjdzie z koloru, bo widząc farbę i jej konsystencję miałam wrażenie, że to odżywka do włosów. Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała. I tak oto dowiedziałam się, że w tajemniczej recepturze oprócz 3 farb znalazło się coś z Curaplex (coś bliźniaczo podobnego do Olaplex) i całe garści odżywek do włosów. Dalej nie pytałam, ale wiedziałam, że będzie dobrze!

Po zmyciu farby Monika stwierdziła, że robimy laminowanie. Ucieszyłam się, myśląc, że to prostowanie włosów. Było trochę inaczej, bo dowiedziałam się, że owe laminowanie to nic innego jak głębokie, bardzo głębokie odżywianie włosów. Ucieszyłam się bardzo. Wyglądało to jak odżywka do włosów, która musi być nałożona bardzo dokładnie na każdy kosmyk włosów. Potem moja głowa wylądowała w wielkiej kopule ziejącej gorącym powietrzem. I znowu pod wodę.

Końcowy etap to spryskanie kolejnymi preparatami kończącymi laminowanie i układanie włosów. Nie mogłam się doczekać efektu końcowego. Wiedziałam jedno, że będę miała włosy wyciągnięte na szczotkę, co uwielbiam, ale sama drygu ani chęci do tego nie mam.

I tak oto moim oczom ukazała się fryzura, o której myślałam i kolor, który był idealnie taki, jaki miałam w swojej głowie. Wielkie, naprawdę wielkie ukłony dla mojej czarodziejki Moniki, która w lot chwyta, czego potrzebuje klientka i jej włosy! Efekt możecie zobaczyć same.




Mała informacja dla osób z Zamościa i okolic, bo wiem, że mnie czytają :)
Jeśli szukacie salonu, w którym będziecie się czuć jak u siebie w domu i fryzjera, któremu nie będziecie bały się zaufać, to mam dla Was dobrą informację! Taki salon to ten, w którym właśnie odbyła się moja wizyta. Nie była to moja pierwsza, więc wiem, co mówię, a do fryzjerów chodziłam różnych. Salon nazywa się Etna i mieści się przy ul. Spadek 18b w Zamościu. Nic o nazwie Wam nie powiem, jak zobaczycie Monikę, to będziecie wiedziały, jaka jest geneza nazwy salonu. Jeśli potrzebujecie więcej informacji, to zapraszam na FB Salonu KLIK.

Jak Wam się podoba metamorfoza moich włosów? Znalazłyście już swojego idealnego fryzjera? Czekam na Wasze opinie w komentarzach!
Buziaki! :*

PS. Post nie jest sponsorowany.
 

13 komentarzy:

  1. prześliczny kolor! i całą fryzura

    OdpowiedzUsuń
  2. Super Ci było w tych różowych! :) Ale w tej trójkolorowej mieszance równie pięknie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różowe były mega, szkoda tylko, że tak krótko się trzymają... :( To nie był trikolor. to była cała tęcza kolorów :D

      Usuń
  3. Podoba mi się! Różowe były świetne :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Rewelacyjnie wyglądałaś w tych różowych włosach! :D
    Ale teraz widać, że włosy odżyły, wydają się być bardziej gęste :) No i jakie zdrowe!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odżyły i to bardzo :)a gęste takie jakie były takie są ale przynajmniej lżejsze :D

      Usuń
  5. Ciągle szukam dobrego fryzjera :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciągle szukam swojej fryzjerki, mam taką jedną, ale ciężko się z nią rozmawia, kobieta się lubi wymądrzać, coś doradza, ale z efektu nie zawsze jestem zadowolona.

    OdpowiedzUsuń