poniedziałek, 9 listopada 2015

Mariza, Puder w kulkach rozświetlająco - korygujący. Perełka wśród pudrów wykańczających makijaż!

Witajcie! Napiszę Wam dziś o produkcie, który pokazywałam już nie raz na moim blogu, czy Instagramie. Jest to kosmetyk, po który sięgam niemal za każdym razem, kiedy wykonuję makijaż. Kosmetyk, który wygląda pięknie za każdym razem, kiedy go używam. A wiecie, co to takiego? Już Wam mówię! Mariza Soft&Colour, Puder w kulkach rozświetlająco – korygujący. Teraz dostępny w katalogu w serii IdealiQ. Znacie ten produkt? Ja znam i mam wyrobioną o nim całkowitą opinię, jeśli macie ochotę poznać moje odczucia, zapraszam Was do dalszej części posta!



OPAKOWANIE.
Plastikowe, płaskie pudełeczko z przezroczystym wieczkiem. Pod nim zaś kryje się małe plastikowe zabezpieczenie, by kuleczki nie latały po całym opakowaniu i się kruszyły. Napisy średnio zdały egzamin bo się starły, ale coś jeszcze da się przeczytać. Z tyły etykieta, która brudzi się dosłownie od wszystkiego, ale zawiera takie informacje, jak nazwa koloru, skład, data ważności, pojemność. A ta jest duża, bo wynosi aż 17 gramów! Jedyne, co mogę zarzucić temu opakowaniu to to, że mogłoby być głębsze, by nieco ulepszyć i usprawnić nabieranie produktu na pędzel.
Cena ok 19,90.




KONSYSTENCJA.
Jak widzicie na zdjęciach są to kuleczki. Mają bardzo kremową konsystencję, ale są przy tym też niezwykle kruche. Mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi.



KOLOR/PIGMENTACJA.
Kuleczki, które opisuję mają właściwości korygująco – rozświetlające. Z racji tego mają one kolory takie, jak: żółty, różowy, fioletowy, zielony. Są dobrze napigmentowane, ale wymagają wprawy w nabieraniu ich na pędzel. Miałam także dużą próbkę kuleczek rozświetlających ciemnych, coś a'la bronzer i powiem Wam, że tak dobrze napigmentowanego, chłodnego nawet szarawego pudru do konturowania nie miałam.



APLIKACJA.
Bardzo prosta, tak, jak w przypadku każdego pudru. Pocieram delikatnie okrężnym ruchem pędzla o kuleczki, a potem kosmetyk ląduje na twarzy. Tak, dobrze przeczytałyście – na twarzy. Nakładam go najczęściej zamiast pudru.

EFEKT/DZIAŁANIE.
Efekt, jaki dają kuleczki na twarzy to jest coś pięknego! Rozświetlają całą skórę, dzięki czemu staje się ona świeża, promienna, wypoczęta. Nie wiem, na czym polega efekt korygowania tym pudrem, ale faktycznie zmęczona i poszarzała skóra nabiera zdrowego blasku i promiennego wyglądu. Ponad to, kuleczki świetnie przedłużają trwałość podkładu, dodając mu przy tym blasku i rozświetlenia. Ja produkt ten nakładam zamiast pudru bo nie lubię efektu pudrowości na twarzy.





TRWAŁOŚĆ.
Puder w kulkach utrzymuje się na twarzy cały dzień. Przez cały ten czas noszenia go na twarzy, skóra jest cały czas promienna i rozświetlona. Nie schodzi z twarzy, nie robi placków ani też nie wysusza.

WYDAJNOŚĆ.
Noooo powiem Wam, że jestem zachwycona. Używam ich namiętnie już ponad rok i nie bardzo widzę jakieś zużycie. Może oprócz tego, że kuleczki się trochę pokruszyły. Poza tym, nie widzę ani troszkę zużycia produktu. Myślę, że poużywam ich jeszcze rok i kupię po prostu następne :)

PODSUMOWANIE.
Uwielbiam tego typu produkty! Uwielbiam zdrowo wyglądającą, rozświetloną cerę. Podsumowując całą recenzję, mogę śmiało powiedzieć, że jest to najlepszy puder rozświetlający, jaki miałam do tej pory okazję używać. Jest ogromny, wygodny w użyciu i tani. Może nieco trudno dostępny, ale dla chcącego nic trudnego. Jak już wspomniałam wcześniej mam też duży tester kuleczek rozświetlających ciemnych, coś na kształt bronzera/pudru do konturowania i możecie mu uwierzyć na słowo, że tak pięknego, szarego pudru nigdy nie miałam. Oba są godne polecenia, więc jeśli macie okazję kupić to szczerze Wam polecam!


A Wy co sądzicie na temat produktów w kulkach? Lubicie, czy nie lubicie? I co myślicie na temat tych, które właśnie Wam zaprezentowałam? Czekam na Wasze odpowiedzi w komentarzach!
Buziaki ! :*


sobota, 7 listopada 2015

Dermokonsultacje z Bielendą. Moje odczucia, wyniki badań skóry i wieści mrożące krew w moich żyłach.

Ostatnio na moim Instagramie pojawiło się zdjęcie, które wykonałam będąc na dermokonsultacjach firmy Bielenda. Podsunęło mi to pomysł na dosyć fajny, moim zdaniem oczywiście, post na temat naszej skóry i tego, jak błędnie możemy ją określać i błędnie podchodzić do jej pielęgnacji i makijażu. 



Mając okazję wziąć udział w konsultacjach z osobą przeszkoloną, mającą wiele doświadczenia w zakresie skóry, nie zastanawiałam się nawet chwili. Od razu usiadłam na krzesełko, by poddać się badaniu skóry. Pani dermokonsultantka dysponowała urządzeniem, które pokazywało skórę z bliska. Obawiałam się tego bardzo, bo nie chciałam nigdy zobaczyć swojej skóry w takim zbliżeniu. Ale bez tego kroku cała konsultacja nie miałaby najmniejszego sensu.
Urządzenie musiało zbadać skórę w kilku strategicznych miejscach. Były to: policzek, czoło, broda i okolice oka, tam gdzie tworzą nam się 'kurze łapki'. W tym momencie dodam jeszcze, że skóra nie wymagała oczyszczania, tudzież żadnego demakijażu. Po prostu na zdjęciach, jakie wykonywało urządzenie na skórze z make upem był utrudniony odczyt struktury skóry :D Ale uwierzcie mi, że makijaż, jak się później okazało na innych chętnych paniach nie był żadną przeszkodą.
Wracając do tematu posta. Po zrobieniu zdjęć w strategicznych miejscach na mojej twarzy okazało się kilka nowych i nie nowych dla mnie rzeczy.



Po pierwsze, co było dla mnie niejako zdziwieniem, choć podejrzewałam co nieco już od dłuższego czasu, okazało się, że mam skórę suchą! Tak, tak! Pamiętam, jak 3 – 4 lata temu uczęszczając do szkoły kosmetycznej miałam nie raz skórę badaną przez przeszkolone osoby, które stwierdzały, że mam skórę mieszaną. Czy te osoby się myliły? Nie! Po prostu moja skóra uległa w ciągu kilku lat zmianie i miało no to wpływ kilka czynników. Ale od początku. Od kiedy pamiętam moja skóra znacznie przetłuszczała się w strefie T. oczywiście moje policzki były zawsze suche/normalne ale strefa 'tłusta' wykazywała, że tłusta jest i tłustą będzie. Po skończeniu szkoły poszłam w życie z przekonaniem, że moja skóra jest mieszana, więc należy ją pielęgnować tak, by boki twarzy nawilżać, a środek matowić. I tak też robiłam. Idąc do pracy, bo taka jest kolej rzeczy, moja skóra zaczęła wariować. Świeciła się, byłą sucha, i tak na zmianę. Blask i odstające skórki to dwie rzeczy, które przez okres dwóch lat były nieodłącznymi towarzyszami mojego życia. Około rok temu moja skóra przestała się świecić, a suche miejsca na skórze zadomowiły się na dobre. Zaczęłam podejrzewać, że moja skóra chyba stała się sucha, ale utwierdzona w przekonaniu przez szkołę, że mam skórę mieszaną wierzyłam w to, że klimatyzacja mocno moją twarz przesuszyła. I to właśnie ona była poniekąd przyczyną zmiany mojej skóry. Suche powietrze i klimatyzacja sprawiły (ale nie tylko), że moja skóra jest teraz sucha. Zapytałam o to oczywiście przemiłą panią konsultantkę, czy to jest w ogóle możliwe? Odpowiedziała mi, że jak najbardziej. To nie jest tak, że nasza skóra będzie ciągle sucha lub ciągle tłusta. Wiele czynników ma wpływ na stan naszej skóry i wiele też sprawia, że ulega on zmianie.



Po drugie, co się okazało, mam zmarszczki mimiczne w okolicach oczu. Tak, tak! Byłam w szoku, gdy się o tym dowiedziałam, chociaż zawsze z tyłu głowy ta myśl była. Ale na pocieszenie dostałam informację, że są to TYLKO zmarszczki mimiczne, więc nie ma się czym przejmować. Tzn poniekąd mam się czym martwić, bo skóra sucha szybciej się starzeje i zmarszczki szybciej klimatyzują się na naszej skórze. A to tylko dlatego, że sucha skóra jest mniej sprężysta, przez co zmarszczki pojawiające się na takiej skórze zostają z nami na dłużej. To tak, jak z bułką ze sklepu – jak ją zdusimy powróci do stanu wyjściowego tylko po części. Gdy upieczemy swoją domową bułkę, będzie ona elastyczna i miękka. Chyba wiecie, o co mi chodzi? :)



Trzecią rzeczą i chyba dla mnie najstraszniejszą, jaką usłyszałam było to, że stan nawilżenia mojej skóry wynosi 14% na czole i 12% na policzku. Jak to określiła pani konsultantka – stan nawilżenia skóry jest krytyczny. Swoją drogą mogłam się tego domyślić po wieczne odstających skórkach na czole i nosie. A co za tym idzie? Muszę jak najszybciej doprowadzić moją skórę do stanu nadającego się, że tak powiem – do użytkowania. Jeśli nie chcę, by zmarszczki mimiczne zagościły na dobre na mojej twarzy, muszę zadbać o odpowiedni poziom nawilżenia skóry. Jaka była rada pani konsultantki? Przede wszystkim pić co najmniej 1,5l wody dziennie. Jakie to proste prawda? Tak, dla osób, które pić wodę lubią, a ja, jak się możecie domyślić, niekoniecznie przepadam za piciem wody. Wolę rzeczy, które działają na skórę wysuszająco, czyli kawa, herbata. Swoją drogą jeśli znacie jakieś sposoby na to, by się przemóc i nauczyć się pić wodę – dajcie mi koniecznie znać!



Od konsultantki dostałam także próbki kremu, który ma być odpowiedni dla mojej skóry. To są próbki, które widzicie na zdjęciach. Oczywiście wykorzystam je i na pewno dam Wam znać, jak się sprawdziły. Polecona mi została także maseczka z tej samej serii, która podobno działa cuda. Zakupię dopiero, jak przekonam się o skuteczności kremu.

Podsumowując dowiedziałam się, że:
Moja skóra, jest skórą suchą, a nie mieszaną.
Mam zmarszczki mimiczne, które przerodzą się w wielkie zmarszczki, jeśli nie zadbam o nawilżenie skóry.
Poziom nawilżenia mojej skóry jest krytyczny.


Warto skorzystać z dermokonsultacji? Oczywiście, że warto! Takie spotkania prowadzą najczęściej osoby z dużą wiedzą i ogromnym doświadczeniem, które stanowią świetną bazę danych i podpowiedzi na temat skóry. Jeśli macie okazję skorzystać z takich spotkań, zachęcam Was do tego bardzo serdecznie! Nawet nie wiecie, że możecie być w błędzie. Nawet jeśli jesteście pewne stanu swojej skóry i jej pielęgnacji, warto dać przebadać się aparaturą, by zobaczyć swoją skórę z bliska.

Co sądzicie na temat takich spotkań? Warto, czy nie warto? Może jesteście przeciwniczkami, bądź przeciwnie – zwolenniczkami? Czekam na Wasze opinie w komentarzach!
Buziaki ! :*


PS. Pamiętacie jeszcze okulary Firmoo, o których pisałam TUTAJ? Nadal je polecam, i nadal jestem z nich tak samo zadowolona jak rok temu! :) 


piątek, 6 listopada 2015

Event Makijażowy z udziałem Mistrzyni Makijazu - Anny Muchy ! Nie może Was tam zabraknąć !

Witajcie!

Przychodzę do Was z bardzo ciekawą informacją ! 
Otóż, uwaga uwaga! Panie (panowie też) z Zamościa i okolic, a także wszystkie chętne! 
Mam przyjemność zaprosić Was na EVENT MAKIJAŻOWY, który organizuje duńska marka kosmetyków GOSH oraz DROGERIA LABOO ZAMOŚĆ.
Wydarzenie odbędzie się 10.11.2015 r w Zamościu, w Drogerii Laboo w Revia Park, przy ulicy Lubelska 40 w godzinach 12.00 - 16.00.
Jeśli kochacie makijaż i profesjonalne porady osób, które znają się na makijażu nie może Was tam zabraknąć! A dlaczego? A no dlatego, że gościem specjalnym tego specjalnego wydarzenia będzie ANNA MUCHA! Nie, nie, nie aktorka, a makijażystka, mistrzyni makijażu i zwyciężczyni niejednych Mistrzostw Polski Makijażystów, oraz Mistrzyni Polski Wizażystów 2015!
Nie czujecie się wystarczająco zachęcone? No to może zachęci Was fakt, że spotkanie nic nie kosztuje, no może oprócz chwili wolnego czasu. Wszystko jest całkowicie za darmo, czyli między innymi makijaże wykonane przez Annę Muchę, porady i ciekawostki dotyczące świata wizażu. Na koniec dodam, że będę tam ja :)
Na pewno zrobię relację z tego wydarzenia dla osób, które nie mogą wziąć udziału :) Także spodziewajcie się posta z tego niesamowicie ciekawego dnia, bo mogę Wam zdradzić, że na pewno to będzie dzień pełen ekscytacji i radości :)

Mam nadzieję, że zachęciłam Was wystarczająco! Będziecie? JA NA PEWNO :)





sobota, 31 października 2015

Kobo Make Up Fixer Spray - z nim każdy makijaż stanie się nie do zdarcia!

Do tej recenzji zabierałam się dosyć długo. Cały czas było mi nie po drodze, by napisać o tym produkcie. Ale w końcu zebrałam się w sobie, usiadłam i napisałam. Uznałam, że produkt, o którym Wam dziś trochę poopowiadam przyda się Wam przy okazji nadchodzących andrzejek, sylwestra, a później studniówek. O czym mówię? O utrwalaczu makijażu, czyli Kobo Make Uo Fixer Spray. Na pewno słyszałyście o nim nie raz, a jeśli nie o nim to na pewno o słynnym fixerze z Kryolanu.
Co myślę o sprayu z Kobo? I jak się sprawdził w sezonie weselnym oraz podczas upałów? Zapraszam do dalszej części, gdzie odpowiem na te pytania.



OPAKOWANIE.
Szara butelka, dosyć duża w rozmiarach i dosyć gruba. Wygląda trochę jak mini lakier do włosów, który nieco utył :D Bardzo wygodna i stabilnie zamykająca produkt zatyczka. Ponad to cena nieco ponad 20zł, czasem w promocji ok 17zł, i pojemność 150ml.



APLIKACJA.
Należy rozpylać go w niewielkiej ilości z odległości od 30 do 40cm od twarzy. Oczywiście po uprzednim zamknięciu oczu i ust. Na twarzy rozprowadza się równomiernie, taką samą warstwą na każdej części twarzy. Nieco śmierdzi alkoholem, chemią i plastikiem, ale na szczęście tylko chwilę, więc da się to znieść. 



DZIAŁANIE.
Rewelacyjnie przedłuża trwałość makijażu! Radzi sobie z każdym czynnikiem, który negatywnie mógłby wpłynąć na makijaż. Radzi sobie z upałem, deszczem, łzami itp. Tworzy na twarzy bardzo cienką warstwę ochronną, która oprócz tego, że chroni makijaż przed zniszczeniem, zdejmuje efekt pudrowości z twarzy i ładnie 'skleja' do kupy wszystkie warstwy makijażu. Jako najlepszą rekomendację mogę podać fakt, że dzięki temu fixerowi mój makijaż ślubny wytrzymał cały dzień i całą noc bez żadnego uszczerbku, mimo tego, ze na dworze było 38 stopni! Chyba nie muszę nic więcej mówić, ani go dodatkowo zachwalać? :)



Nie używałam go na co dzień i nie mam pojęcia, czy działa wysuszająco na skórę. Ale myślę, że tak, więc odradzałabym utrwalanie makijażu na co dzień.


PODSUMOWANIE.
Bardzo przydatny produkt, szczególnie, kiedy zależy nam na mega trwałości makijażu. Mnie przydał się nie tylko podczas malowania siebie, ale także klientek i każda z nich mówiła, że makijaż był mega trwały. Całe opakowanie wystarczyło mi na sezon ślubny, który dla mnie w tym roku był wyjątkowo łaskawy :) Wiem od wizażystek, że potrafią zużyc 2 – 3 opakowania przez kilka miesięcy intensywnego malowania :)


Miałyście ten fixer? Co sądzicie na temat takich utrwalaczy do makijażu? Macie, stosujecie, lubicie? Czekam na Wasze odpowiedzi w komentarzach!
Buziaki ! :*

piątek, 30 października 2015

Mój stosunek do Rossmanna i 3 powody, dla których nie pójdę na promocję -40%...

Witajcie!
Na Waszych blogach pojawia się coraz częściej informacja o promocji w Rossmannie – 40% na kolorówkę, czyli tydzień po tygodniu oczy, twarz i paznokcie. I wiecie co? Mnie ta promocja w ogóle nie interesuje. Nawet nie tyle co promocja, co ogólnie sklep. Bojkotuję drogerie Rossmann. Wiecie dlaczego? Jest kilka powodów, dla których przestałam chodzić do Rossmanna.



Po pierwsze dokładnie takie akcje -40% skutecznie mnie odstraszają. Dlaczego? Bo to jedno wielkie oszustwo. To nie prawda, że kupujemy wtedy faktycznie taniej. Zauważcie, że rabat odejmowany jest dopiero na kasie, a na półkach sklepowych są niby regularne ceny. Dlaczego niby? Bo Rossmann specjalnie je zawyża, na czas trwania promocji. I wiem też, że niejedna osoba nadziała się na politykę drogerii. W poprzedniej edycji tej promocji także pojawiały się wpisy o podejrzanych cenach. Także idąc na taką promocję chciałabym wiedzieć, że jestem traktowana fair. Chciałabym widzieć ceny po rabacie już na półce cenowej. Nie raz znajome wyliczyły sobie ile zapłacą przy kasie, po czym okazało się, że do zapłacenia mają trochę więcej, niż sobie założyły. Tylko dlatego, że ceny zostały zawyżone.

Druga rzecz, która mnie skutecznie odrzuca do odwiedzania drogerii to fakt, że pracują tam totalnie niekompetentni pracownicy. Ja wiem, że w tej drogerii są nie tylko kosmetyki, ale także dużo chemii itp., sama w takiej drogerii pracuję i doskonale to rozumiem. Ale nie rozumiem w ogóle, dlaczego pracownicy nie są w stanie pomóc mi wskazując miejsce, w którym stoi dany produkt. Nie wyobrażam sobie, żeby pani, która odpowiada za kosmetyki kolorowe nie znała się ani grama na asortymencie poszczególnych firm, pomijając fakt, że nie potrafią dobrać koloru podkładu do cery. Oj wiem, wiem, że światło jest paskudne, ale osoba, która to sprzedaje powinna mieć odpowiednie umiejętności, by dobrze coś sprzedać, doradzić, dobrać i tak zadowolić klienta, by wrócił do nas ponownie. Pomijam fakt, że byłam świadkiem rozmowy, kiedy nowa pracownica pytała dlaczego w szafie nie ma tuszy, skoro są w szufladzie pod szafa? I wiecie, co odpowiedziała pracownica drogerii? 'A po co? Żeby wszystkie pootwierali?'. No przepraszam bardzo, sprzedając kosmetyki trzymając je w szufladzie, świata nie zwojujecie. Pomijam fakt podejścia do klienta...

Trzecia rzecz to wiecznie pootwierane kosmetyki. Wiem, wiem, że to w głównej mierze wina klientek, czyt. nawiedzającej drogerie szarańczy... Ale powracają do tematu, otwarte są nie tylko testery ale także kosmetyki, które są do nabycia/kupienia. Nie raz zdarzyło mi się kupić tusz do rzęs, który był totalnie suchy, mimo że wzięłam go z samego końca. Takich sytuacji było kilka... Gdy wzięłam się na sposób i poprosiłam o wyjęcie tuszu z szuflady, argumentując, że tusz się nagrzewa i zasycha usłyszałam odpowiedź, że wszystko zostało wyłożone do szafy, bez zaglądania, czy faktycznie tak się stało.
Ja wiem, że nie da się upilnować wszystkich. Sama też walczę z otwieraniem wszystkiego tylko nie testera, ale da się nad tym zapanować. Da się zrobić wszystko, potrzeba tylko dobrego rozwiązania i chęci...


To trzy powody, dla których przestałam robić zakupy w drogeriach Rossmann. Bardzo mi przykro z tego powodu, bo kiedyś była to moja ulubiona drogeria i pierwsze i jedyne miejsce, do którego wybierałam się po zakupy kosmetyczne... Mam nadzieję, że drogeria weźmie się za siebie, zrobi coś niektórymi aspektami funkcjonowania sklepu i sprawi, że wiele osób takich jak ja, wróci ponownie do robienia zakupów w drogerii.



Jakie stanowisko Wy macie w tej sprawie? Co sądzicie o drogerii Rossmann, a także każdej innej, którą odwiedzacie? Może macie jakieś inne spostrzeżenia niż ja? Czekam na Wasze komentarze!
Buziaki ! :*

czwartek, 29 października 2015

I Heart Make Up, Goddess of Love Triple Baked Highlighter, Goddess of Faith. Mistrz w kategorii rozświetlacz!

Alo, alo! Jest tu kto? Witajcie w kolejnym wpisie, w którym będę Was męczyć opowiadaniem o pewnym cudownym kosmetyku. Jakim? Przekonacie się po kilku słowach wstępu. Wiecie, że uwielbiam wszelakie rozświetlacze i efekt, jaki dają na skórze? Wiecie także, że uwielbiam rozświetloną, promienistą cerę. Pokażę Wam dziś produkt, który zawładnął moim makijażem odkąd go posiadam. Czyli uściślając, od dwóch miesięcy jest to główny punkt każdego mojego makijażu. Nie wyobrażam sobie mojego makeupu bez tego produktu! A co to za kosmetyk? I heart Make Up! goddes of love, triple baked highlighter, goddess of faith. Znacie? Na pewno tak! Kto nie zna tych słodkich, serduszkowych opakowań :) Skąd moje uwielbienie do tego kosmetyku? Czytajcie dalej – a tam dalsza część zachwytu, tzn wyjaśnienia nad moim uwielbieniem :)



OPAKOWANIE.
Białe kartonowe pudełeczko z motywem serca i różowymi napisami. Swoją drogą na opakowaniu umieszczone są same najpotrzebniejsze informacje, typu: firma, kolor, gramatura, skład. Kartonik mieści całe 10 gramów produktu zapakowane w piękne, tekturowe serduszko. Cena tego rozświetlacza to 24,99 zł. Dostępny w drogeriach internetowych i drogeriach Laboo.





KONSYSTENCJA.
Rozświetlacz jest potrójnie wypiekany, więc jego konsystencja jest nieco sucha. Ale nie wpływa to negatywnie na jego używanie.



KOLOR.
Dla mnie jest to piękny, szampańsko – różowy odcień. Pięknie wygląda na każdym typie cery i urody, niezależnie od rodzaju makijażu. W każdym świetle wygląda inaczej, ale zawsze prezentuje idealną rozświetlającą taflę. Coś pięknego!



APLIKACJA.
Bezproblemowa. Rozświetlacz ten najbardziej lubię aplikować na skórę pędzlem do podkładu mineralnego z Gosha. Jest to pędzel typu flat top, ale bardzo małych rozmiarów, dzięki czemu idealnie pasuje do nakładania rozświetlacza na kości policzkowe, nos czy inne części twarzy.

EFEKT.
To, co robi na twarzy to jest dosłownie jakaś poezja. Przepięknie rozświetla kości policzkowe, nos, brodę, czy łuk kupidyna. Uwypukla kości policzkowe. Idealnie mieni się w świetle zarówno dziennym, jak i sztucznym, tworząc idealną rozświetlającą taflę. Zresztą, może nic już nie będę mówić. Zobaczcie same:








TRWAŁOŚĆ.
Trzyma się na twarzy absolutnie cały dzień. Nieważne na jakim podkładzie, z bazą, czy bez, z pudrem, czy bez, a może w ogóle bez niczego. Od momentu wykonania makijażu wytrzymuje w stanie nienaruszonym aż do chwili wykonania demakijażu. Petarda pod względem trwałości!

WYDAJNOŚĆ.
Wiecie co? To jest chyba produkt, którego nie zużyję nigdy. Używam go dosłownie codziennie w całkiem niemałych ilościach już od dwóch miesięcy i uwierzcie mi, w ogóle nie widać zużycia. Wypukłość, jaką miał ten rozświetlacz w momencie otwarcia, nadal tam jest. Myślę, że jest to produkt nie do zużycia.



PODSUMOWANIE.
Rewelacyjny produkt za niewielkie pieniądze. Mega efekt za mini cenę. Pięknie wygląda, idealnie się trzyma, daje świetny efekt i pasuje każdemu. Oprócz tego ma ogromną pojemność i mega wydajność, co sprawi, że zostanie ze mną na jeszcze długi, długi czas, co mnie bardzo cieszy. Uważam, że jest to najlepszy produkt w kategorii rozświetlacz, z jakim miałam do czynienia do tej pory. Osobiście czaję się jeszcze na bronzer z tej serii i mam nadzieję, że będzie równie dobry, jak rozświetlacz!




Miałyście ten produkt? A może zastanawiacie się nad jego kupnem? Szczerze i serdecznie Wam go polecam! Czekam na Wasze odczucia odnośnie tego produktu, jak i samych rozświetlaczy. Używacie? Lubicie? Czekam na Wasze komentarze!
Buziaki ! :*