wtorek, 22 kwietnia 2014

RECENZJA - Kolastyna płyn micelarny + PÓŁ ROKU BLOGA! :*

Witajcie!

Na początek, chciałam Wam oznajmić, że mój blog ma już pół roku. I właśnie z tej okazji chciałam Wam wszystkim i każdej z osobna bardzo, bardzo podziękować. Za każdy komentarz, chwilę poświęconą na czytanie postów, każdą obserwację i wizytę u mnie. Bardzo cieszę się, że jesteście ze mną już te pół roku.
Pisanie bloga sprawia mi niesamowitą frajdę i bardzo lubię do Was pisać. Mam nadzieję, że Wy lubicie tutaj zaglądać i czytać to, co Wam przekazuję :)
Jeszcze raz ogromne dzięki!! :*


A teraz czas na właściwy temat notki :)
Postanowiłam nadrobić zaległości w recenzjach, które już dawno, dawno temu Wam obiecałam :)

Poopowiadam Wam dzisiaj o produkcie, o którym pisała już Lady Hope na swoim blogu. (KLIK).
Czas na odrobinę demakijażu, czyli płyn micelarny Kolastyna.

Od zawsze preferowałam mleczka do zmywania makijażu oczu. Nie lubiłan efektu wlewania się płynu micelarnego do oka. Zmieniłam zdanie, odkąd używam płynu z Kolastyny.
Płyn zakupiłam około 13.03, więc używam go codziennie od miesiąca i mam już o nim wyrobione swoje zdanie, na dodatek zużyłam połowę, co uważam za niesamowitą wydajność produktu, patrząc na codziennie używanie!
Jesteście ciekawe mojej opinii? Zapraszam do czytania dalszej części posta :)


Produkt – KOLASTYNA REFRESH PŁYN MICELARNY DO DEMAKIJAŻU TWARZY, OCZU I UST, CERA SUCHA I WRAŻLIWA.
Cena – mniej niż 10zł. Ja go kupiłam na promocji za 6,50 w Rossmanie.
Dostępność – większość drogerii.
Pojemność – 200ml.

Produkt przeznaczony do cery suchej i wrażliwej. Co prawda ja takiej nie posiadam, ale zdecydowanie bardziej wolę delikatne produkty do oczu. 



  • OPAKOWANIE.
Niewielka przezroczysta buteleczka z elementami koloru różowego. Bardzo, bardzo fajne zamknięcie, zamykane na porządny klik. Akurat w tym przypadku mogę być pewna, że jak wrzucę całą butelkę do torebki, czy w jakiekolwiek inne miejsce, nic mi się nie otworzy i nie wyleje. Butelka, jak butelka, ładna, zgrabna. Ale akurat to nie ona powinna sprawić, byśmy kupiły produkt po raz kolejny.


  • ZAPACH.
Delikatny, zdecydowanie pudrowy, przyjemny. Nie jest duszący, ani mocno wyczuwalny. Nie przeszkadza w używaniu. Osobom wyczulonym na zapachy nie powinien za bardzo przeszkadzać.

  • WYDAJNOŚĆ.
Produkt używam od miesiąca, dzień w dzień – wiadomo. Zużyłam dokładnie połowę buteleczki, więc myślę, że nie jest tak źle. Szczególnie biorąc po uwagę moje mocne makijaże, przy których produktu zużywa się dużo, dużo więcej. Dołóżmy do tego jeszcze to, że produkt służył mi także jako płyn do przemywania twarzy i tonizacji.

  • DZIAŁANIE.
Bardzo fajnie oczyszcza twarz, dobrze zmywa makijaż, nie rozmazuje go po twarzy, jak to robią niektóre produkty. Nie daje efektu pandy pod oczami. Radzi sobie z każdym tuszem, z każdym linerem. Nie wiem, jak sprawuje się w przypadku kosmetyków wodoodpornych, nie miałam okazji tego przetestować, z racji tego, że kosmetyków wodoodpornych nie używam. Nie szczypie w oczy, nie jest nieprzyjemny. Badzo miło się go używa, bez zbędnych ceregieli i bawienia się w tony płatków i miliony razy wylewanym płynem z butelki. Dobrze także radzi sobie z pomadkami, szczególnie z tymi trwałymi, typu Essence (KLIK). Nie rozmazuje pomadek ani makijażu po całej twarzy.

  • PODSUMOWANIE.
Bardzo dobry płyn, w bardzo dobrej cenie. Ten produkt przekonał mnie, że używanie płynów do demakijażu także może być przyjemne i wcale nie jest takie najgorsze, jak myślałam. Muszę przyznać, że bardzo się polubiliśmy, i na pewno zostaniemy ze sobą na dłużej. Lubię jego delikatność i skuteczność w zmywaniu makijażu. Jak dla mnie nie ma nic lepszego do demakijażu oczu. Polecam!


Macie ten płyn? A może macie go w planach kupić?
Piszcie w komentarzach, jak zwykle czekam :)
Buziaki ! :*


czwartek, 17 kwietnia 2014

MAKIJAŻ - Neonowo z Kobo i Sleek.

Witajcie!
W końcu zawitało do mnie słońce, a jak u Was? :) Mam nadzieję, że równie dobrze.
Jako, że w końcu odrobina promieni słonecznych zawitała do mnie, postanowiłam co nie co zmalować. Ostatnio pokazywałam Wam moje zakupy (KLIK), więc nie mogłam się powstrzymać od wypróbowania nowości w mojej kosmetyczce.
I tak oto z nowych nabytków, w moim makijażu zobaczycie w roli głównej cień Kobo Blue Lavender, róż Essence Beauty Beats. Na rzęsach zagościł nowy tusz, mianowicie Pierre Rene Volumator. Mam baaaaaardzo pozytywne odczucia na ich temat. Mam nadzieję, że tak zostanie. A o tym przekonacie się za jakiś czas :)








Lista użytych kosmetyków.

  • Twarz.
Podkład Revlon Colorstay 250 Fresh Beige (KLIK)
Korektor pod oczy Jemma Kid -  Front Cover 01 fair
Puder Essence Pure Skin 01

  • Oczy
Cienie.
Kobo Blue Lavender 122
Sleek Acid
Inglot  330M, 360M
Tusz do rzęs Pierre Rene Volumator
Baza pod cienie Ingrid HD

  • Usta.

Błyszczyk Essence Stay with me - 02 My favourite Milkshake.











TAK! Ścięłam włosy. Co o nich sądzicie? :)

Mam nadzieję, że Makijaż Wam się podoba. Ja uwielbiam takie elektryzujące, mocne makijaże.
Czekam na Wasze komentarze i opinie :)
Buziaki :*


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Wiosenne ZAKUPY! :)

Witajcie Kochane i Kochani w ten jakże brzydki i deszczowo-pochmurny dzień. Brak słońca nie sprzyja poprawie humoru ale za to skutecznie robią to zakupy! 



I właśnie o tym chciałam Wam dzisiaj trochę 'pogadać'. Uwielbiam oglądać/czytać takie posty u Was, więc i sama chętnie tworzę takie posty :)
No to zaczynamy! :)

  • REVLON COLORSTAY 250 Fresh Beige.
Podkład, którego nikomu chyba przedstawiać nie muszę. Najlepszy podkład, jakiego miałam okazję używać. Jest to już moja kolejna buteleczka i pomimo tego, że jej nienawidzę, podkład będę kupować dopóki nie znajdę nic lepszego, w co szczerze mówiąc wątpię :)
Moją opinię na jego temat możecie przeczytać TUTAJ.
Cena 39zł, zakupiony w drogerii Laboo.



  • PĘDZELEK DO LINERA.
Pędzelek, który już mam w swojej kolekcji pędzli. Ten stary jest już nieco wysłużony, więc postanowiłam 'zainwestować' w nowy. Piszę tak ponieważ kosztował całe 2,50. Co prawda jego przeznaczeniem jest nail art, ale do linera nadaje się idealnie. Jest bardzo elastyczny, co ja bardzo w nim lubię.
Kupiony w chińskim centrum.
 


  • ESSENCE Róż do policzków Beauty Beats 01 Groupie at heart.
Przepiękny róż do policzków, w intensywnie malinowo-truskawkowym kolorze. Niesamowicie napigmentowany. Podejrzewam, że pochodzi z edycji limitowanej, sygnowanej twarzą Justina Biebera :D Dorwałam go na promocji, więc nie mogłam mu się oprzeć.  
Kosztował 6,99, zakupiony w drogerii Natura.
 




  • PIERRE RENE Volumator Tusz do rzęs.
Te z Was, które mnie czytają od dłuższego czasu wiedzą, że mam manie kupowania maskar, szczególnie tych z dużymi szczotami :D Ten taką posiada, na dodatek ma pogrubiać rzęsy. Ciekawe co z niego za tusz :)
Kosztował 17,99, kupiony w drogerii Laboo.


  •  BUTTERFLY Cienie do powiek nr. 11.
Firmę Butterfly kojarzę przede wszystkim z cieni, których już kilka mam w swojej kolekcji. Ta paleta to zdecydowanie moje kolory, więc znalazła miejsce wśród moich kosmetyków. Pigmentacja taka, jaka cena, ale nie ma co narzekać, mam bazę pod cienie, więc na pewno coś w nich wykrzesam :)
Kosztowała 6,50, zakupiona w chińskim centrum.


  •  KOBO Cień mono 122 (Blue Lavender) i 119 (Smoky Grey)
Piękny lawendowy niebieski cień z lekkimi drobinkami w kolorze fioletowo różowym i matowy zielono szary cień, nieco brudny ale równie piękny. Są to moje pierwsze cienie z Kobo, ale już widzę, że są świetnie napigmentowane, mocno nasycone i niestety drogie... Wkład w cenie regularnej kosztuje 13zł, a ja za swoje zapłaciłam całe 3,99zł na promocji, więc całkiem dobry deal :)





To by było na tyle z nowości. Na pewno możecie się spodziewać recenzji tych produktów, jak tylko poużywam ich trochę i będę miała opinię na ich temat :) Makijaży oczywiście też nie zabraknie, więc czekajcie cierpliwie :)
Chciałam jeszcze nadmienić tylko, że z całych zakupów najbardziej dumna jestem z różu, który nie był w ogóle w moich planach ale jest tak piękny, że z bronzerów przerzucę się na róże :)
Ciekawa jestem, czy macie coś z tego, co Wam pokazałam. 
Ciekawa jestem także Waszej opinii, więc jak zwykle, czekam na Wasze opinie w komentarzach!
Buziaki ! :*

czwartek, 10 kwietnia 2014

RECENZJA - Mariza Long&Black mascara, tusz do rzęs z ceramidami.

Witajcie!

W ostatnim poście, a dokładnie w ostatnim makijażu, jaki wykonałam użyłam tuszu, o którym już dawno chciałam Wam napisać, ale podchodziłam do niego, jak pies do jeża. Z niecierpliwością czekałam, aż ktoś mi napisze w komentarzu coś na temat rzęs. I się doczekałam. Jak się za chwilę okaże, nie tylko ja mam pewne spostrzeżenia na temat tuszu.



Mowa mianowicie o tuszu z firmy Mariza. I tak, jak kosmetyki Marizy kocham, tak tego tuszu szczerze nienawidzę. Te z Was, które czytają mojego bloga regularnie wiedzą, że mam rzęsy, którym służy nawet tusz za 5 zł i nie są wybredne. Zaraz opowiem Wam dlaczego i za co tak tego tuszu nie lubię, pomimo miłości co firmy Mariza.

Mariza Long & Black Mascara – Tusz do rzęs z ceramidami.

Zacznijmy od tego, gdzie go można dostać. Dostępny jest w katalogach firmy Mariza, czyli sprzedaż katalogowa. Jego koszt to ok 13zł, z tego co pamiętam, ja kupiłam go za ok 9zł w promocji.

  • OPAKOWANIE:
Standardowe opakowanie. Czarne, matowe, przez co szybko się brudzi. Napisy niestety zaczynają schodzić, co widać na zdjęciu. Nie przywiązuję do tego uwagi, gdyż bardziej interesuje mnie zawartość tuszu, nie mniej jednak nie wygląda to zbyt estetycznie.


  • APLIKATOR:
Jeśli czytacie mojego bloga regularnie, wiecie, że lubię duże szczoty i broń Boże silikonowe. Ta silikonowa nie jest, ale i duża też nie. Jest normalna. Moim zdaniem ma nieco za szeroko rozstawione włosie. Niestety na szczoteczce zostaje mnóstwo tuszu, ale (co najciekawsze!!!) Nie na jego czubku, a na łączeniu szczoteczki z uchwytem... Masakra!


  • KONSYSTENCJA:
To jest największy minus tego tuszu. Jest mega, mega, mega rzadki. Na początku myślałam, że jest to tusz, który należy do rodziny tych, które potrzebują czasu, żeby się 'wyrobić'. Dałam mu czas, tydzień, dwa i.. NIC! Pomyślałam, że zaryzykuję i popełniłam zbrodnię. Zostawiłam go na 3 dni odkręconego. Po to, żeby powietrze spowodowało zaschnięcie tuszu. I co? NIC!! Tusz, jak był rzadki, tak rzadki jest nadal. Leży u mnie już dobre pół roku i jego konsystencja pozostaje w stanie nienaruszonym. To jest mega, mega utrudnienie. Tusz rozlewa się po powiekach i odbija.

Pamiętacie, jak mówiłam, że odbijanie się tuszu na powiekach to bardziej kwestia umiejętności i budowy rzęs niż samego tuszu? Odwołuję swoje słowa!! W tym przypadku jest to ewidentna wina tuszu, a raczej jego niespotykanie rzadkiej rzadkości :D

  • APLIKACJA:
Przez to, że tusz jest strasznie rzadki, rozmazuje się na powiekach. Odbija się i na dole i na dórze i wszędzie. Marze się jeszcze przez dłuższą chwilę od nałożenia. A co najgorsze! Bardzo długo zasycha! Schnie, schnie i schnie i końca nie widać...

  • DZIAŁANIE:
Jak wskazuje nazwa tuszu nasze rzęsy mają być Long & Black. Czarne są, z tym się zgodzę w stu procentach. Długie też są,. Ok tu jest wszystko w porządku. Ale to że mają być długie nie powoduje tego, że tusz ma naszym rzęsom zabrać pogrubienie i ich ogólnie dobry wygląd... Zresztą same zobaczcie na zdjęciach, jak wyglądają moje rzęsy.




 



  • PODSUMOWANIE:
Mimo całej chęci i miłości do Marizy muszę określić ten tusz, jako najgorszy tusz, jaki miałam. Marze się, skleja rzęsy, nie zastyga, robi z rzęs pajęcze nóżki, ma intensywny zapach starego mydła.
Nie polecam, a nawet odradzam. I podkreślam, że firmę Mariza kocham i nadal będę kupować ich kosmetyki ale tego tuszu będę unikać.

Dla porównania możecie zajrzeć do recenzji innego tuszu i ocenić, czy rzeczywiście miałam rację.

Znacie ten tusz?
Miałyście coś od Marizy?
Co sądzicie na temat kosmetyków tej firmy?
Czekam na Wasze komentarze!
Buziaki!

piątek, 4 kwietnia 2014

RECENZJA - Ingrid No Limits Color Lip Gloss 003.

Witajcie Kochane!

Zachęcona Waszymi komentarzami pod ostatnim postem z makijażem (KLIK) na temat moich ust, a raczej błyszczyka, jaki miałam na ustach, postanowiłam pokazać go Wam nieco bliżej.



Błyszczyk INGRID, zakupiony już jakiś czas temu, dopiero niedawno wpadł w moje ręce i zauroczył me serce :D:D Cóż za rym :)
Używam go ostatnio codziennie, przy okazji każdego makijażu. Nieważne, czy jest dzienny, czy wieczorowy.

Produkt ten pochodzi od firmy INGRID, nazwa serii to No Limit Color, Bright Crystal Lip Gloss. Błyszczyk w kolorze 003.
Nie pamiętam ceny, ale znając kosmetyki tej firmy, nie kosztował więcej niż 10zł.

  • KOLOR.
W opakowaniu kolor wygląda na bardzo cukierkowy róż, z mnóstwem srebrnych drobinek, które są ledwie widoczne. Na ustach, czy swatchu ten kolor nie jest taki, jak w opakowaniu, gdyż błyszczyk ten jest transparentny. Czyli na ustach daje minimalny kolor i maksimum błysku.



  • PIGMENTACJA.
Jak już wspomniałam wyżej, błyszczyk jest transparentny, więc ciężko jest mówić tu o jakiejkolwiek pigmentacji, chociaż kolor jest!

  • OPAKOWANIE.
Standardowe, 'błyszczykowe' opakowanie. Bardzo ładne, gustowne, bez zbędnych ozdobników i różnych różności, które przykuwają nasz wzrok. Napisy, mimo długiego czasu spędzonego przez błyszczyk w moim zbiorze i od niedawna także intensywnego użytkowania, pozostały nienaruszone. Nic się nie ściera. No może oprócz naklejki na zakrętce, ale jestem w stanie to przeboleć :)
Pojemność 10ml.

  • APLIKATOR.
Standardowy, duży, w postaci gąbeczki. Jest miękki, ukształtowany nieco na ukos, co moim zdaniem fajnie pooprawia proces aplikacji produktu na usta.


  • KONSYSTENCJA.
Produkt jest ani rzadki, ani gęsty. To, co jest w nim fajne, że nałożony nawet w kilku warstwach nie daje uczucia lepkości na ustach i się nie klei :)

  • ZAPACH.
Nieco słodki, nieco kwaśny, lekko chemiczny, ale do zniesienia. Pachnie lekko owocami. Dla tych, którzy są wrażliwi na zapachy – dobra wiadomość, zapach jest wyczuwalny tylko w momencie nakładania go na usta. Potem w ogóle go nie czuć.

  • APLIKACJA.
Jak już wspomniałam wyżej, za sprawą aplikatora, używanie tego błyszczyka jest przyjemnością. Można spokojnie malować usta bez lusterka i na dodatek bez obawy, że coś pójdzie nam nie tak. Przy jednym pociągnięciu aplikatorem daje bardzo subtelny efekt, lecz przy każdej kolejnej warstwie ulega spotęgowaniu kolor, jak i błysk ust.

  • TRWAŁOŚĆ.
Błyszczyk, jak to błyszczyk, prędzej, czy później go zjemy. Ten wytrzymuje na moich ustach 4 godziny. Jak na moje spostrzeżenia, to i tak jest rewelacyjny wynik, jak na błyszczyk transparentny. Wiadomo, z każda chwilą noszenia błyszczyka na ustach, jego blask powoli zanika. Ale nie mam się czego przyczepić. Mam pomadki, które wytrzymują dużo krócej od tego błyszczyka

  • WYDAJNOŚĆ.
Używam go naprawdę codziennie i nie nakładam jednej warstwy, tylko kilka. Lubię jego mokre wykończenie :) Uważam, że jest wydajny. Dzięki swojemu aplikatorowi, który nanosi odpowiednią ilość produktu i nie roznosi go po całym opakowaniu. Lepiej dołożyć, nic zbierać nadmiar :)
Przy intensywnym użytkowaniu od kilku tygodni nie zauważyłam na razie ubytku.

  • WYKOŃCZENIE.
Jak już wspominałam, błyszczyk ma mokre wykończenie. Wyposażony jest też w mnóstwo maleńkich srebrnych drobinek, które moim zdaniem są mało widoczne, ale pięknie uwypuklają usta i odbijają światło.


Tak prezentuje się na ustach: 




  • PODSUMOWANIE.
Bardzo fajny błyszczyk w dobrej cenie. Bardzo uniwersalny, nadający się do każdego makijażu. Nie wysusza, nie powoduje nieprzyjemnego uczucia ściągniętych ust. Polecam każdemu, kto lubi delikatny, aczkolwiek widoczny efekt, za parę groszy i bez uszczerbku na zdrowiu i wyglądzie naszych ust.
Polecam!


PS. Uprzedzę Wasze pytania. Nie, post nie jest sponsorowany. Błyszczyk kupiłam sama, a z firmą Ingrid/Verona nie nawiązałam współpracy (jeszcze :D). Dlatego tym bardziej możecie wierzyć opinii. Nigdy nie polecę Wam czegoś, co jest po prostu złe i niegodne polecenia. Powiem więcej! Przybiegnę od razu i tym bardziej napiszę Wam, żebyście wiedziały czego unikać. Tego błyszczyka unikać nie musicie :)


Znacie ten błyszczyk?
A może macie kosmetyki tej firmy, które możecie polecić?
Czekam na Wasze komentarze!
Buziaki :*


wtorek, 1 kwietnia 2014

RECENZJA - Maybelline Color Tattoo 24H (40 Permanent Taupe)

Witajcie!
Czas na kolejną recenzję :) Bardzo mnie cieszy fakt, że tak pozytywnie odbieracie moje recenzje. Bardzo mi miło, że mówicie o mojej wiarygodności. Dlatego na wstępie chciałabym Wam tylko powiedzieć, że nigdy nie napiszę czegoś wbrew sobie, nigdy nie napiszę nieprawdy, ani za darmo, ani za pieniądze ani za nic. Po prostu tak mam, że kiedy coś jest złe, to tak właśnie o tym napiszę. Możecie być więc spokojne o to, że mojego zdania nikt nie kupi :)

A teraz przejdźmy do właściwej części notki.
Dziś na tapetę bierzemy Maybelline Color Tattoo Eye Studio 40 permanent taupe.
Żelowo - kremowy cień. Czy rzeczywiście jest takim ideałem, jakim wszyscy go nazywają?
Dla mnie jest! Zaraz wam podam kilka powodów, dlaczego tak właśnie uważam.



  • KOLOR.
Taupe. Kojarzy mi się jedynie z cieniem z MAC. Nigdy go nie widziałam na żywo, ale wydaje mi się, że przypomina ten cień. Patrząc na tą nazwę CT, właśnie taki kolor chciałam ujrzeć. Ni to szary, ni to brązowy. Taki brudny, dymny, stalowo - brązowy, jednym słowem przepiękny.






  • PIGMENTACJA.
Jak dla mnie w pełni zadowalająca. Super kryje, bez potrzeby nakładania grubej warstwy. Mam dość neutralny kolor, więc ciekawa jestem, jakby się sprawdził kolor nieco intensywniejszy od mojej 40.

  • OPAKOWANIE.
Zakręcany, szklany słoiczek. Wykonany bardzo dobrze wykonany. Ciężkie, solidne opakowanie. Jak wiecie, nie przepadam za kosmetykami zamkniętymi w słoiczkach, i mimo, że produkt jest cudowny, nie potrafię się do niego przekonać. Niestety zabawa palcami jakoś mi nie leży, mimo, że produkt opuszkami palców dużo wygodniej nałożyć. Ot, cały paradoks! :)



  • KONSYSTENCJA.
Podobno kremowo – żelowa. Dla mnie to taka gęsta silikonowa pasta. Konsystencją przypomina mi nieco bazę pod cienie z Virtuala. Jeśli ją miałyście, wiecie o co mi chodzi :)
Ale cień absolutnie nie jest tępy. Przyjemnie się pracuje z taką konsystencją.

  • APLIKACJA.
Jak już wspomniałam, fanką produktów w słoiczku nie jestem, bo nie lubię nakładać cieni palcami. Mimo, że nie lubię tego robić, ten cień nakładam przeważnie w ten sposób. Fajnie 'pracuje' pod palcem, czuć, jak przywiera do powieki. Podczas aplikacji pędzlem zaś, nie jestem w stanie go wyczuć, i nałożyć równomiernie. Ale absolutnie nie jest to minus produktu. Problem byłby wtedy, gdybym miała długie paznokcie. Wtedy większość cienia miałabym nie na powiece, a pod paznokciem.
Co do samej aplikacji bałam się, że będę musiała śpieszyć się z aplikacją tego cienia, żeby zdążyć zanim zastygnie na powiece. Spokojnie można z nim popracować, co sprawia, że nasz makijaż jest bardziej dopracowany. A gdy chcemy do cienia przykleić np cień sypki to już całkiem rewelacja!

  • TRWAŁOŚĆ.
I tutaj ogromny plus dla tego produktu. Cień wytrzymuje na powiekach w stanie nienaruszonym (!) nawet 20 godzin!! Oczywiście rzadko mam okazję to sprawdzić, ale potrzebuję wiedzieć, jakiego kosmetyku użyć na tak ekstremalne warunki, wiem, że CT mnie nie zawiedzie :) Producent obiecuje wytrzymałość 24 godzin. Nie miałam go na powiekach aż tak długo, ale myślę, że spokojnie dałby sobie radę wytrzymać nawet więcej niż 24 godziny.
Jak wiecie mam tłuste powieki, cienie na moich oczach się rolują, ale nie ten cień! Wytrzymuje wszystko. Nawet łzy :) Mam wrażenie, że jest wodoodporny.

  • WYDAJNOŚĆ.
Produkt mam od końca listopada, czyli ładne kilka miesięcy :) Używam dosyć często, samodzielnie na powiekach, więc jest częstym gościem w moim codziennym makijażu. Widzę tu dołek, owszem, ale wielkiego zużycia w ciągu tych 4 miesięcy nie zauważyłam. Mam nadzieję tylko, że nie zacznie wysychać. Na razie wszystko jest w porządku, produkt jest cały i niewyschnięty i oby tak zostało :)



  • ZASTOSOWANIE.
I tu także jest kilka plusów. Cień świetnie się sprawdza, jako cień. Fajnie wygląda, jest matowy, bezdrobinkowy. Idealnie sprawdza się, jako baza pod inne cienie. Nie tylko te prasowane, ale pudrowe i brokatowe także. Nie zastyga za szybko, ale jak już zastygnie, żadna siła go nie ruszy. Używam go także często do podkreślania brwi. Nakładam go skośnym pędzelkiem na brwi, po czym wyczesuję grzebyczkiem i gotowe. Fajnie się trzyma, nie daje sztucznego, przerysowanego efektu.

  • PODSUMOWUJĄC:
Produkt świetny, wielozadaniowy o idealnej trwałości i wydajności. Szkoda tylko, że produkt występuje w Polsce w zupełnie innej kolorystyce niż w innych krajach :(
Na pewno zakupię jeszcze parę kolorów, z czym poczekam na promocję, bo pójdę z torbami :)
Cień warty swojej ceny i uważam, że sprawdzi się dla większości z Was, nawet tych, które mają dość tłuste powieki, tak, jak ja :)

Kosztuje ok 25zł, ja kupiłam go na promocji -40% w Rossmannie.
Nie ma niestety żadnej wzmianki na temat jego pojemności. Ale! Nawet jeśli ktoś stwierdzi, że produkt jest mały ja mu powiem 'Mały ale wariat' :D Bo jest szalenie wydajny!
Pamiętajcie, że recenzja ta bazuje na moich subiektywnych odczuciach. Produkt może Wam przypaść do gustu albo i nie, dlatego też nie kierujcie się moją opinią, jako wyrocznią przy pakowaniu tego cienia do koszyka z zakupami :P

Macie ten cień?
Co o nim sądzicie?
Czekam na Wasze komentarze!

Buziaki :*