piątek, 17 kwietnia 2015

Essence - Trwała pomadka do ust, 08 Colour crush. Prosty sposób na soczysty kolor ust na sezon wiosenno letni :)

Witajcie! Ostatnio na Intagramie brałam udział w wyzwaniu #7dni7pomadek. Pokazywałam tam moje ulubione pomadki, po które sięgam najczęściej. Ale tylko jedna wzbudziła u Was tak duże zainteresowanie, że byłam w szoku. Tym bardziej, że jak się okazało po przewertowaniu moich notatek oraz bloga, że o niej nic nigdy nie napisałam. A więc czas na to by to zmienić! Pewnie niektóre z Was wiedzą, o jaką pomadkę chodzi. A dla tych, które nie są w temacie i nie śledzą mojego instagrama powiadamiam, że sprawcą tego szału jest pomadka Essence 08 colour crush. Jesteście ciekawe czemu wywołała taki szał i za co ją tak uwielbiam?



OPAKOWANIE.
Och, jakie ono jest piękne! Czarna tubka wykonana z matowego plastiku z różowym paskiem pośrodku. Moim zdaniem fajne i bardzo stylowe opakowanie. Do tego lekkie i zamykane na porządne kliknięcie. Na górze wytłoczone logo firmy, od spodu naklejka z kolorem. Z boku naklejona jest jeszcze etykieta z kodem kreskowym, adresem firmy, pojemnością itp. Swoją drogą pojemność pomadki to 3,8 grama i jest ważna 24 miesiące od momentu otwarcia.



KOLOR.
PRZEPIĘKNY!! Uważam, że to jeden z najładniejszych kolorów, jakie mam w swoim kufrze z kosmetykami. Przepiękny róż, niektórzy mówią na niego fuksja, chociaż w moim odczuciu fuksja ma trochę inny kolor. Dla mnie jest to taki idealny róż. Róż, który uwielbiam od dziecka :) Co do wykończenia: pomadkam ma kremowe wykończenie i całkowicie bezdrobinkowe.



PIGMENTACJA.
Uważam, że jest świetnie napigmentowana. Może kolor jest minimalnie delikatniejszy od tego w sztyfcie, ale nadal mocny i intensywnie różowy. Nie tworzy prześwitów, równomiernie pokrywa usta kolorem.



KONSYSTENCJA.
Bardzo kremowa, mokra i takie też uczucie daje na ustach, nie ściąga i nie napina. Nie zastyga na ustach i nie tworzy suchej skorupy.

ZAPACH.
Po mocniejszym pociągnięciu nosem wyczuwam w tej pomadce chemiczną woń. Ale jest to tak słabe wyczuwalne, że na dobrą sprawę można uznać, że pomadka jest całkowicie bezzapachowa. W każdym razie na ustach nie czuć niczego.

APLIKACJA.
Bardzo łatwa i przyjemna. Pomadka ma bardzo miękką i mokra konsystencję dzięki czemu lekko sunie po ustach. Wystarczą dosłownie 2 – 3 pociągnięcia sztyftem i na ustach pojawia się piękny, intensywny kolor. Dla uzyskania delikatniejszego efektu stosuję metodę wklepywania pomadki w usta.


TRWAŁOŚĆ.
Pomadka wytrzymuje na ustach jakieś 2 godziny. Jest podatna na otarcia, rozmawianie, picie czy jedzenie. Zostawia ślady na wszystkim, czego dotknie. Ale na szczęście gubi tylko błysk, a sam kolor jeszcze zostaje. Może nie jest wtedy tak intensywny, ale jest!

A w makijażu prezentuje się tak: 


PODSUMOWANIE.
Uwielbiam tą pomadkę :) jest tania (9,99zł), raczej łatwo dostępna. Do wyborów mamy kilka kolorów (KLIK) i ja na pewno niedługo wpadnę do Natury po jakieś inne kolory lub też inne pomadki z tej firmy bo są świetne! Świetna jakość za naprawdę niską cenę. Ta pomadka wędruje ze mną wszędzie i bardzo często gości na moich ustach, gdy jedynym makijażem oka jest tusz do rzęs :)




Macie pomadki z Essece? Co o nich sądzicie? A może polecacie jakieś inne soczyste i mocne kolory na lato z innych firm? Czekam na Wasze komentarze!
Buziaki ! :*


wtorek, 14 kwietnia 2015

Fioletowo - jagodowy makijaż! :) W roli głównej: kosmetyki używane po raz pierwszy ! :)

Tak, tak dobrze widzicie! W tytule jest makijaż, czyli czas na to, by w końcu pokazać Wam moje malunki. A dokładnie jeden malunek. Koniecznie chciałam wykorzystać kosmetyki, których nie miałam okazji używać, a mieszkają w moim kuferku już długi czas. Także na tapecie mamy, jak zwykle w moich makijażach fiolety i niebieskości w postaci smokey i kreskę oraz lekko błyszczące usta :)




O jakich kosmetykach wspomniałam wcześniej, których nie używałam do tej pory?
Catrice Absolute eye color, 370 Don't Lie, Lac!
Kobo 109 Englsh rose
La Roche-possay respectissime liner intense.

Myślę, że napiszę o nich niedługo, a tymczasem zapraszam na makijaż :)












Lista użytych kosmetyków:

Oczy:
Ingrid Baza Pod Cienie (KLIK)
Inglot 330M, 423P, (KLIK)
Kobo 109 English Rose (KLIK)
La Roche-Possay Respectissime Liner Intense
Maybelline The Collosal Volume (KLIK)
Sleek Acid 570 (KLIK)

Twarz:
Kobo Modeling Illuminator with Ten's up, 101 (KLIK)
Catrice Nude Illusion 020 Vanilla Rose
Pierre Rene Loose Powder (KLIK)
Loreal Glam Bronze 102
Editt Cosmetics Cień BIG, użyty jako rozświetlacz (KLIK)
Wibo Mineralny róż do policzków, Tempting rose

Usta:
N.Y.C.


Jak Wam się podoba makijaż? Mam mieszane uczucia co do linera, reszta pozytywnie mnie zaskoczyła. Bardzo przyjemnie się pracowało z cieniami, choć Kobo sprawia niewielkie trudności podczas aplikacji. Na pewno Wam o tych produktach napiszę :) Czekam na Wasze komentarze!
Buziaki ! :*

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Baolishi Cosmetics 8. Pomadka terminator w soczystym kolorze :)

Witajcie! Rano wiosna, a teraz deszcz i ciemnica za oknem... Ale u mnie będzie kolorowo! Dziś na tapecie coś, co spowoduje, że nasze usta przez ładnych kilka godzin pozostaną pokolorowane. Znacie markę Baolishi? Ja także nie znałam. Nie mam zwyczaju kupować kosmetyków w tzw. sklepach po 5zł, ale ta pomadka tak się do mnie uśmiechała, że nie mogłam jej nie wziąć. Co prawda wolę błyszczyki od pomadek, ale szminkę w mocnym i soczystym kolorze trzeba mieć! Kupiłam ją dawno, dawno temu i leżała używana od czasu do czasu. Za co ją lubię, a co mam jej za złe? Jeśli jesteście ciekawe, zapraszam do czytania.



OPAKOWANIE.
Lekkie opakowanie, w pięknym, żółtym kolorze. Ma piękny kształt, co mi się bardzo podoba. Pomadka ma nietypowe, przez co od razu przyciąga wzrok :) Ponad to: zatrzask działa bardzo sprawnie i skutecznie zamyka sztyft w opakowaniu, dzięki czemu chroni wnętrze przed czynnikami zewnętrznymi. A na opakowaniu: oprócz gramatury (3,5 grama), nazwy firmy i numerku koloru na opakowaniu nie znajdziemy nic.



KOLOR.
Dla mnie jest to połączenie czerwieni, różu, pomarańczu. Taki mix, który ciężko określić. Zdjęcia nie oddały intensywności koloru. Kolor na ustach po nałożeniu jest identyczny, jak w sztyfcie. I wcale nie trzeba się przy tym napracować. Pigment jest tak mocny, że raz, dwa i kolor na ustach jest kopią tego, co w sztyfcie.





PIGMENTACJA.
Pomadka jest mega napigmentowana. Dwa pociągnięcia sztyftem po ustach sprawiają, że nabierają soczystego, czerwono – różowo – pomarańczowego koloru. Oczywiście pigmentację możemy stopniować. Gdy zależy mi na nieco delikatniejszym kolorze, ale trwałym, wklepuję pomadkę palcem lub po prostu lekko przykładam sztyft do ust aż do uzyskania pożądanego koloru.



KONSYSTENCJA.
Za to właśnie jej nie lubię. Jest sucha, twarda, tępa. Ciężko rozprowadza się na ustach. Ale kiedy już uda nam się ją nałożyć, zostaje tam na wiele godzin.

ZAPACH.
Obłędny! Cytrusowy, owocowy, świeży. Pachnie trochę, jak guma balonowa, trochę jak cukierki. Czuć tam wiśnię, czereśnię... W każdym razie coś bardzo podobnego. Bardzo fajny zapach, niestety na ustach się nie utrzymuje.

APLIKACJA.
Jak już wspomniałam wyżej, pomadka jest sucha i tępa. Ciężko sunie po ustach, wymaga nieco cierpliwości przy aplikowaniu na usta. Ale ja mam na nią sposób! Zamiast sunąć nią po ustach, wklepuję ją delikatnie w usta palcem lub sztyftem, dzięki czemu dodatkowo stopniuję kolor. Często nakładałam ją na balsam do ust i aplikowało się ją nieco lepiej, choć pomadka traciła wtedy na intensywności.

TRWAŁOŚĆ.
Pomadka na ustach wytrzyma wszystko! Jedzenie, picie, długie rozmowy – nic nie jest jej straszne. Wpija się w usta i za cholerę nie zejdzie. Tzn zejdzie :) po kilku godzinach zaczyna blaknąć. Ale schodzi równo, nie wyciera się w kącikach, nie zbiera w bruzdach. Jest tak mocna, że potrafi pofarbować skórę wokół ust, gdy lekko się rozmaże.. Ciężko także ją zmyć. Płatek i płyn micelarny ledwo sobie z nią radzi. Naprawdę hardkor trwałości!

WYKOŃCZENIE.
Zdecydowanie lekko satynowe przez pierwsze kilka minut, później absolutnie matowe, powiedziałabym nawet ze perfekcyjnie matowe. I co mnie zdziwiło najbardziej? Nie wchodzi w załamania i nie podkreśla suchych skórek, jak wszystkie matowe pomadki, które mam! Ja lubię nakładać na tą pomadkę przezroczysty błyszczyk, co daje fajny efekt. Niestety żaden błyszczyk na tej pomadce nie trzyma się zbyt długo.



PLUSY / MINUSY.
Pomadka ma swoje plusy i minusy. Zacznę może od plusów. Kolor, przepiękny, unikatowy, głeboko nasycony. Trwałość jest powalająca. Nie mam niczego innego, co na ustach byłoby takie trwałe. Zapach jest bezsprzecznie jej dużym atutem, tak samo, jak cena – jedyne 6,50 :) Z dostępnością jest gorzej, ale myślę, że bez problemu jest do kupienia w necie. Nie zbiera się w bruzdach, ale za to potrafi zafarbować skórę wokół ust :)
Tyle z plusów, napiszę teraz o minusach. Strasznie, ale to strasznie wysusza usta. Ja wiem, wiem, że wszystko, co długotrwałe jest wysuszające, ale żeby aż tak?! Ponad to wpija się w usta i nieprzyjemnie na nich zastyga, co nie jest komfortowe przez pierwsze kilkanaście minut od aplikacji. Skład, aż strach się bać, co w niej może być... Mało znana firma, mało znany kosmetyk, sprzedawany w wątpliwym sklepie. Dobrze, że oprócz wysuszenia ust, z którym sobie radzę, nie spowodowała niczego złego na ustach.

PODSUMOWANIE.
Pomadka ma swoje wady i zalety. I tak ją lubię, mimo że z moich ust robi wiór. Na jakąś okazję świetnie się sprawdza bo wiem, że nie muszę się martwić, czy kolor i stan moich ust nie wymaga natychmiastowego poprawienia. Na pewno nie jest to pomadka dla osób, które nienawidzą mieć suchych i matowych ust.


Co sądzicie o takich tanich, niepopularnych pomadkach? Kupujecie kosmetyki w chińskich centrach lub sklepach typu 'wszystko po 5zł'? Lubicie takie mocne pomadki na ustach, czy zdecydowanie wolicie błyszczyki i lekkie, nawilżające pomadki? Czekam na Wasze komentarze!
Buziaki ! :*


PS. Zapraszam Was na Intagram, gdzie biorę udział z wyzwaniu #7dni7pomadek i pokazuję kilka moich perełek :) Jeśli chcecie obejrzeć klikajcie poniżej :)


https://instagram.com/dziewczynaaliena/



piątek, 10 kwietnia 2015

Mariza Selective, matowy cień do powiek, nr 14 bakłażan. Piękny cień nie do używania...

Była już pozytywna recenzja, teraz czas na negatywną... Nie raz wspominałam Wam, że uwiebiam kosmetyki firmy Mariza. Nie tylko te kolorowe, ale także te pielęgnacyjne. Firma w swoim katalogu posiada naprawdę świetne kosmetyki i ciężko trafić na buble. Mam w swoim zbiorze wiele kosmetyków od Marizy i trafiłam tylko na dwa buble. Jednym z nich był tusz do rzęs, który do tej pory nie zgęstniał, mimo że jest otwarty już półtora roku :D, Oraz cień, który za chwilę Wam pokażę. Cień przepiękny, z serii Mariza Selective, matowy cień do powiek, nr 14 bakłażan. Dlaczego twierdzę, że to bubel i czy tak do końca tym bublem jest dowiecie się w dalszej części posta.



OPAKOWANIE.
Tak jak jego kolega, cień w kolorze rafa koralowa (KLIK) ma bardzo fajne, lekkie i poręczne opakowanie, z ciekawym zakręcanym wieczkiem. Nie będę się tutaj rozwodzić nad opakowaniem, bo jest totalnie normalne, bez udziwnień. Posiada z tyłu etykietę z adresem firmy, nazwą koloru oraz firmy. Znajduje się na nim także data przydatności, która tak, jak w przypadku poprzedniego cienia także została przekroczona (12. 2014). Nie ma jak zwykle gramatury, ale ja Wam mówię, że cień ma 3 gramy :)





KOLOR.
Piękna śliwka z domieszką czerwieni, fioletu może lekko bordowego odcienia. Bardzo piękny kolor, idealnie w moim guście. Jeszcze nie spotkałam nigdzie takiego pięknego, tak nieokreślonego i nieoczywistego koloru.




KONSYSTENCJA.
Baaaaaaardzo sucha. Gdybym powiedziała, że jest kredowa to pomyślelibyście, że tak, jak kreda ma świetną pigmentację. Niestety jest tak suchy, że po przejechaniu palcem po cieniu kolor zostaje owszem, ale tylko na palcu. Na skórze niestety nie pozostaje nic oprócz lekkiego pyłku, powiedziałabym nawet, że kurzu koloru. A szkoda... Jak widać maty nie wszystkie są tak udane, jak czarny kolor z serii matowej (KLIK). Wracając do naszego bakłażana, od początku był taki suchy i konsystencja nie zmieniła się ze względu na przekroczony termin ważności.

PIGMENTACJA.
Zerowa. Jak już wspomniałam wcześniej po przejechani palcem po cieniu kolor zostaje jedynie na palcu. Na skórę, a tym bardziej na powiekę nie da się go przenieść. Ani palcem, ani pędzlem, ani pacynką. Niczym. Absolutnie zerowa pigmentacja.



APLIKACJA.
Tego, co ja wyprawiałam z tym cieniem nie robiłam z żadnym innym. I z żadnym innym cieniem nie miałam takich problemów, jak właśnie z tym. Próbowałam nakładać go palcem, ale niestety przykleja się do palca... Próbowałam nakładać pędzlem, ale tak się kruszy i pyli, że do pędzla się nie przyczepia... Próbowałam pacynką ale efekt jest taki sam, jak w przypadku palca, czyli zerowy. Najchętniej to cieniem potarłabym oko, może wtedy by się trzymał na powiece... Nawet aplikacja na mokro niewiele pomaga.

TRWAŁOŚĆ.
Kilka razy zdarzyło mi się go nakładać małymi partiami na bazę pod cienie. Coś nie coś było widać także mogę się o jego trwałości wypowiedzieć. Trzyma się przyzwoicie, jest widoczny, ale niestety blednie w trakcie noszenia makijażu. Nie wchodzi w załamanie powieki, nie roluje się, ale blednie...

WYDAJNOŚĆ.
Hmm... I co ja mogę powiedzieć? Wydajność cienia, gdyby był widoczny na powiekach byłaby słaba, bo trzeba byłoby go dużo nakładać. A że go w ogóle nie widać to wydajność jest dla mnie nieokreślona. Nie potrafię o niej nic powiedzieć, bo tego cienia używać się nie da.

PODSUMOWANIE.
Jestem bardzo zawiedziona tym cieniem. Ma przepiękny kolor i liczyłam na to, że będzie tak samo fajny, jak jego czarny kolega. Niestety, jak widać nie zawsze wszystkie cienie z tej samej serii są identyczne w jakości. A szkoda... Na szczęście nie był zbyt drogi, bo kosztował około 12zł więc mój portfel nie ucierpiał znacząco. Chociaż gdybym wiedziała, że ten cień będzie tak słaby jakościowo, wolałabym kupić coś podobnego z Inglota za 12zł. (wiecie, że okrągłe wkłady podrożały o 2zł?! :O Szok!). Z czystym sercem polecam Wam czarny cień z serii matowej. Tego koloru nie polecam Wam w ogóle. Szkoda, że nie mam reszty, by zbadać, jakiej jakości jest cała seria matowa i które cienie można polecić, a których nie...


Miałyście cienie z tej serii? Czy Wam też czasem trafiają się tak różne produkty z tych samych serii jednej firmy? Czekam na Wasze komentarze!
Buziaki ! :*


Mariza Selective, Perłowy cień do powiek - Rafa Koralowa. Koralowa perełka! :)

Witajcie! Jak wiecie, w moich makijażach królują fiolety, róże, niebieskości, brudne brązy. Uwielbiam pastelowe cienie na oczach, kolorowe i soczyste makijaże. Stąd też mój dzisiejszy post o jednym z moich absolutnych faworytów w kategorii 'cień do oczu'. O jakim cieniu mówię? Nie, nie to nie jest Inglot ani Kobo. To Mariza Selective, perłowy cień do powiek, rafa koralowa. Zdziwione? Dla tych, które miały okazję pracować z cieniami Marizy na pewno mój wybór był oczywisty. Za co lubię ten cień, co ma w sobie dobrego i jak się z nim pracuje? Zaraz wszystkiego się dowiecie! Zapraszam do dalszej części posta!





OPAKOWANIE.
Dosyć duże, plastikowe, okrągłe. Posiada fajne zamknięcie, zakręcane, co mi się bardzo podoba. Całe opakowanie solidnie wykonane z dobrej jakości plastiku. Sam fakt, że cienia używam już rok i nic się z nim nie stało, świadczy o tym, że opakowanie nie zalatuje tandetą. Z tyłu na opakowaniu mamy wszystkie przydatne informacje typu kolor, producent, nawet skład. Nie ma gramatury, ale ja wiem z pewnego źródła, że cień ma 3 gramy.



KOLOR.
Przepiękny koralowy odcień. Ma w sobie coś z różu, pomarańczu, brzoskwini i moreli. Nazwa, czyli rafa koralowa, świetnie oddaje jego odcień. Ma wykończenie perłowe, chociaż ja bym powiedziała, że nie jest to oczywista perła. Powiedziałabym nawet, że wykończenie jest bardziej satynowe. Ale i tak cień jest piękny, nawet gdyby był matowy :)



KONSYSTENCJA.
Mokra, aksamitna, bardzo miękka. Podczas nakładania cienia na palec, samoistnie zatapia się on w konsystencji cienia. Dzięki tej miękkości, cień się nie pyli, nie kruszy, nie osypuje. Bardzo mi się podoba taka formuła cieni. Nie jest ani suchy, kredowy ani pudrowy.

PIGMENTACJA.
Bez zarzutu. Cień nie wymaga tarcia pędzlem po oku ani tysiąca powtórzeń, by było go widać. Aplikuje się od razu i od razu widoczny jest ten piękny, soczysty, koralowy cień.



APLIKACJA.
Nie wymaga specjalnych zdolności, czy kursów. Nałożony pędzlem, palcem, czy nawet pacynką wygląda świetnie i nie wymaga precyzji. Sam przepięknie się układa na powiece, lekko się do niej przykleja. Nie sprawia trudności w blendowaniu i fajnie łączy się z innymi cieniami, nie tylko tymi perłowymi.

TRWAŁOŚĆ.
U mnie bez zarzutu trzyma się kilka godzin bez użycia bazy. Oczywiście po 4 – 5 godzinach bez niej potrafi się rolować ze względu na jego mokrą konsystencję ale i budowę mojego oka i predyspozycje do rolowania. Ale na bazie za to jest nie do zdarcia! Jego konsystencja sprawia, że przykleja się do bazy i nic go nie ruszy aż do momentu demakijażu. Także bez bazy tak sobie, z bazą rewelacja! I nie ma znaczenia, jaka to jest baza. U mnie na każdej, jakiej używałam trzymał się świetnie.

WYDAJNOŚĆ
Jak widzicie w moim opakowaniu już widać denko, a cienia używam dość często. Ale spokojnie. Cień mam prawie rok, co przy częstym używaniu i tak daje świetny wynik. Jestem zadowolona z jego wydajności, bo nie trzeba go wiele użyć, by było go widać. Co prawda jest już po terminie (08.2014), ale otwarty jest dopiero rok... Póki nie będzie mi robił krzywdy, będę go używać.

PODSUMOWANIE.
Fantastyczny cień za kilkanaście złotych. Ja kupiłam go za ok 12zł, zamawiając oczywiście w katalogu Marizy. Nie wiem, czy jest jeszcze dostępny, ale jeśli jest to serię perłową z czystym sercem Wam polecam. Mam jeszcze cień z serii matowej, tj czarny, o którym już pisałam (KLIK) i jest świetny, ale mam też jeden bubel, którego nie jestem w stanie polubić. Co do serii perłowej jestem pewna, że każda z nas byłaby zadowolona. Polecam, polecam, polecam!

Tak cień prezentuje się na oku :)



Znacie te cienie? Tą firmę? Jakich cieni Wy używacie i jakie wykończenia lubicie? Czekam na Wasze komenatrze!
Buziaki ! :*

czwartek, 9 kwietnia 2015

Zielono mi! Czyli łatwy i prosty w wykonaniu wiosenny makijaż :)

Witajcie! W końcu zawitała do nas wiosna, świeci piękne słońce, aż chce się żyć. Aby wykorzystać promienie słoneczne zmalowałam na szybko zielony makijaż. Nic trudnego. Jeden kolor na górnej powiece i trzy kolory na dolnej. Bułka z masłem, jeśli chodzi o wykonanie tego makijażu. A czemu zielony? Bo nigdy nie miałam okazji pokazać Wam pięknego cienia z Kobo Golden Olive :) 
Zapraszam do oglądania makijażu :)






 





Lista użytych kosmetyków:
 
Oczy:
Ingrid Baza pod cienie (KLIK)
Kobo 126 Golden Olive
Inglot 338M
My Secret Satin Touch Kohl - nude nr 19
La Roche-Possay  Respectissime Liner Intense
Essence Sun Club All Over Shimmer (KLIK)
Lovely Curling Pump Up Maskara
 
Twarz:
Kobo Modeling Illuminator with Ten's up, 101 (KLIK)
Catrice Nude Illusion 020 Rose Vanilla (KLIK)
Pierre Rene Loose Powder (KLIK)
Eddit Duo Róż 6
Editt Cosmetics Cień BIG, użyty jako rozświetlacz (KLIK)
 
Usta:
Rimmel Vinyl Gloss, 260 Happy Spirit (KLIK)


Jak Wam się podoba taki zielony, wiosenny makijaż? Ja czuję się rewelacyjnie w takich soczystych makijażach. A Wy jakie kolory preferujecie na nadchodzącą wiosnę? Czekam na Wasze komentarze!
Buziaki ! :*