środa, 4 marca 2015

INGLOT - Moja kasetka i jej wnętrzności Inglotowo - Kobowe :D

Witajcie!
Ja niestety w dalszym ciągu na L4... Ale nie ma się co użalać nad sobą, w końcu będę miała więcej czasu na pielęgnację bloga!

Na początku chciałam Wam wszystkim, czyli moim obserwatorom i czytelnikom serdecznie podziękować za to, że jesteście, czytacie, komentujecie i zaglądacie do mnie. Od kiedy zaczęłam regularnie pisać jest Was coraz więcej, co niezmiernie mnie cieszy i powoduje uśmiech na mojej twarzy! Dziękuję!

Po wstępie powracamy do meritum posta, czyli do mojej kasetki z Inglota, a dokładnie jej zawartości, bo to chyba ona jest najbardziej interesująca :) Co do samej kasetki, nabyłam ją w grudniu 2013r. Zapłaciłam za nią coś ok 15-18zł? Nie pamiętam dokładnie. Jest to zwykła kasetka bez przegródek, co widać na zdjęciu. Nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia oprócz kilku rzeczy, takich małych drobiazgów: łapie wszelkie zabrudzenia, czyli odbite palce, pyłki z cieni. Rysuje się dosłownie od wszystkiego, co niestety przy większej ilości rys bardzo widać. No i niestety to, co spotkało mnie niedawno – padł zawias i paletka otwiera się na płasko, nie ma ogranicznika :( Jeśli chodzi o samą paletkę to by było na tyle. Mimo tych kilku wad bardzo ją lubię i mam w planach następną bo w mojej zostało jeszcze tylko jedno miejsce na cień... A co do samych cieni to nie ma co pisać, trzeba pokazywać, także zapraszam Was na ogrom zdjęć i kilka słów o każdym z nich :)
Ps. są to nie tylko cienie z Inglota, a także z Kobo.





  • INGLOT 453 PEARL.
Biały, perłowy cień. Super miękki ale przy tym zachowujący swoją mokrą konsystencję. Jest genialny do stosowania w wewnętrzny kącik. Bardzo często, kiedy pokazuję Wam makijaż i mam w kącikach właśnie ten cień piszecie, że jest pięknie rozświetlony. :)





  • INGLOT 330 MATTE.
Matowy, cielisto – brzyskwiniowo – łososiowy kolor. Przepięknie wyrównuje koloryt powieki. Świetnie sprawdza się także w pomaganiu przy blendowaniu cieni. Czasami zdarza mi się zagruntować nim korektor pod oczami i w tej roli także sprawdza się znakomicie. Najczęściej jednak ląduje u mnie pod łukiem brwiowym.





  • INGLOT 360 MATTE.
Mój zdecydowany hit w palecie! Delikatny brąz, nie umiem określić, czy jest bardziej ciepły, czy zimny. Dla mnie jest bardziej ciepły, ale mogę mieć złe oko :P Cień, który pięknie wygląda w załamaniu, sprawdza się tak rewelacyjnie. Pięknie też rozciera bardzo ciemne cienie. U niektórych fajnie wygląda jako cień do brwi, ale radziłabym uważać przy tym. U mnie jest to cień obowiązkowy w każdym dziennym makijażu!





  • KOBO 109 ENGLISH ROSE.
Bardzo ładny cukierkowy róż. Świetnie napigmentowany. Ciężko jest go wkomponować a makijaż, ale kiedy się to uda, wygląda fantastycznie! Stosuję go czasami jako róż i wygląda pięknie!





  • INGLOT 338 MATTE.
Jeden z moich pierwszych cieni inglota. Piękna butelkowa zieleń z dodatkiem turkusu, niebieskości. Genialnie wygląda w makijażach, zarówno solo, jak i w połączeniu z innymi kolorami.





  • INGLOT 423 PEARL.
Mój absolutnie ulubiony cień z tego pudełeczka! Kocham go miłością bezgraniczną. Jest to przepiękny brąz z dodatkiem złota. Ja tam widzę także nieco czerwieni i fioletu, ale zależy to zdecydowanie od światła.





  • KOBO 119 SMOKY GREY
Szarości są teraz w modzie prawda? :D A tak serio bardzo interesujący cień i bardzo, bardzo nieoczywisty. Nałożony w dużej ilości mocno wpada w zieleń. Mocno roztarty zaś staje się przepiękną szarością. Jest totalnie matowy, co wzmacnia efekt przejścia koloru. Tym cieniem zdecydowanie można zrobić cały makijaż oka tak, że będzie wyglądał, jak zmalowany kilkoma cieniami.





  • KOBO 126 GOLDEN OLIVE.
Jasnozielony cień ze złotymi drobinkami. Nie bardzo pasuje mi do niego nazwa. I o ile z golden się zgadzam to z olive już niekoniecznie. Ale co tam nazwa! Jest piękny, świeży, iście wiosenny i fantastycznie iskrzy w słońcu!





  • INGLOT 74 AMC.
Absolutny hit imprezowy dla zielonych oczu! Nie dość, że pięknie podbija tęczówkę, pięknie się mieni to daje efekt wow nawet solo. (KLIK).





  • KOBO 122 BLUE LAVENDER.
Początkowo niebieski dla mnie okazał się nie być tak oczywisty, jaki mi się wydawał. Niby niebieski, ale jednak ta lawenda gdzieś w nim siedzi. Ten fiolet mocno widać po roztarciu cienia.





  • KOBO 113 PLUM.
Piękny matowy fiolet, mocno napigmentowany. Uwielbiam ten cień za to, jak świetnie się blenduje. Jako jedyny z matowych cieni z kobo, jakie posiadam, ten blenduje się najlepiej. Jest cudowny jako akcent na oku i jako cień samodzielny. Dla zielonych oczu – rewelacja.






To by były wszystkie cienie, jakie mieszkają w mojej paletce! Jak widać mam tam kolory, dzięki którym stworzę makijaż dzienny, wieczorowy jak i kolorowy. Zostało mi miejsce na jeszcze jeden cień. Może polecicie mi jakiś z Kobo lub Inglota?
Czekam na Wasze opinie w komentarzach!
Buziaki ! :*

wtorek, 3 marca 2015

ZELMER LINEA BIANCA 33Z031 - Niezbędnik w mojej łazience! :)

Witajcie!
Dziś trochę z innej beczki! Ostatnio, w którymś z postów, wspominałam Wam o mojej prostownico lokówce. Dostałam od Was mnóstwo pytań odnośnie tego sprzętu, jak i próśb, bym przedstawiła Wam moje małe cudo. I oto jest! Zelmer Linea Bianca 33Z031. Pod taką nazwą i symbolem kryje się to białe urządzenie.



Może zacznę od początku. Moją pierwszą prostownicą, klasyczną, którą także robiłam na włosach loki była prostownica z firmy Remington. Była bardzo dobrym sprzętem, po niejednym upadku pracowała bez zarzutu. Niestety pewnego dnia trzask, dym, swąd spalenizny i niestety... Moja ukochana prostownica odeszła. Pamiętam, że był to dla mnie okres, kiedy namiętnie prostowałam lub kręciłam włosy tym urządzeniem, więc jego brak był dla mnie jednoznaczny z tragedią. Długo zastanawiałam się, co będzie moim następnym sprzętem praktycznie codziennego użytku, który sprosta dosyć wysoko postawionej poprzeczce. Z pomocą przyszedł mi mój mężczyzna, który dzielnie pomagał mi w wyborze firmy, parametrów. Wybór padł na Remingtona lub Babyliss. No to skoro już wybraliśmy to jedziemy. Wchodzimy do galerii w poszukiwaniu sklepu rtv/agd. Jest! Nasz ulubiony MediaMarkt. Po odnalezieniu odpowiedniej alejki moim ogromnym zdziwieniem było to, że żadna z dostępnych prostownic nie wpadła mi w oko, nie sprostała moim wymaganiom. A szukałam przecież zwykłej prostownicy, którą łatwo mi będzie także robić loki. Chodzę, patrzę, oglądam, dotykam... Nagle spostrzegam mojego faceta, który mruga do mnie okiem i mówi 'mam!'. Podchodzę do niego, i co? Biała lokówka – tak wtedy myślałam – ohydna, jakiejś firmy, która specjalizuje się w produkcji odkurzaczy (tak mi się firma Zelmer kojarzyła). Narzekałam, że nie taka, że wąskie płytki, że nie poradzi sobie z moimi grubymi włosami, że nie ujarzmi moich sztywnych kosmyków. Za namową faceta, że to na pewno dobry sprzęt wzięłam. I nie żałuję!



Dlaczego poczęstowałam Was tak długim wstępem? Dlatego, że czasem coś jest całkowicie inne, niż nam się wydaje, że jest. To takie małe przesłanie :) A tak na poważnie dlatego, że wracając do domu nie byłam zadowolona z zakupu i byłam przekonana, że wrócę i oddam to białe coś do sklepu.

I jakież było moje zdziwienie, gdy otworzyłam pudełko (już go niestety nie mam). Pięknie zapakowana, zabezpieczona przed wstrząsami, upadkiem itp. w środku znajdował się także pokrowiec na prostownico – lokówkę. Chciałabym Wam go pokazać, ale niestety nie mogę go znaleźć (!). Wszystko ładnie, pięknie, ale cała prawda wyjdzie podczas używania.

Od tamtej pory, kiedy użyłam jej pierwszy raz, używam jej do dziś i nigdy w życiu nie oddam i nie wymienię na żaden inny sprzęt tego rodzaju. A dlaczego to urządzenie tak mi się podoba? Za chwilkę wszystko Wam wytłumaczę.

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to lekkość sprzętu. Nie obciąża ręki, nie sprawia trudności w trzymaniu, ba! Pewnie leży w dłoni. To pewnie za sprawą materiału, z jakiego jest wykonana prostownico lokówka. Niby jest to zwykły plastik, ale niesamowicie przyjemny i antypoślizgowy. Dla mnie duży, duży plus. Kolejną rzeczą, którą widać, i nie da się tego ukryć, jest bardzo, bardzo, bardzo długi kabel. Moja poprzednia prostownica miała kabel znacznie krótszy. Nie chcę Was okłamać, a centymetra nie mam pod ręką, ale na oko ten kabel ma jakieś 2 metry! Na dodatek posiada bardzo dobrą funkcję, którą ja uwielbiam we wszelakich sprzętach, a mianowicie obrotowy kabel, który niesamowicie ułatwia pracę.

Blokada, to także rzecz, która jest dla mnie ważna. Dzięki niej zamykamy płytki, blokujemy i oszczędzamy miejsce w łazience. Dzięki blokadzie zamykania, urządzenie świetnie wchodzi do swojego pokrowca. Niestety nie mam Wam, jak pokazać, ale obiecuję, że jak tylko znajdę pokrowiec uzupełnię post o zdjęcia.




Po włączeniu do kontaktu, urządzenie należy włączyć specjalnym suwakiem znajdującym się z boku urządzenia. Dla mnie to fajna opcja.



Obok suwaka do włączania i wyłączania urządzenia, mamy także pokrętło do regulacji temperatury. Nie ma niestety skali, ale za to jest pasek, który pogrubia się w miarę wzrostu temperatury. Oznaczenie, jakie jest ale jest, więc nie mamy co narzekać. Pokrętło pracuje płynnie, nie zacina się i samoistnie się nie przekręca.




Wskaźnik od temperatury znajduje się na wierzchu urządzenia. Jest to skala w postaci 6 lampek ułożonych pionowo, jedna nad drugą. Najmniejsza temperatura to 110 stopni, najwyższa 210 stopni. Muszę tutaj powiedzieć, że lampki po włączeniu urządzenia zaczynają się świecić. Gdy sprzęt rozgrzeje się do temperatury, jaką chcemy uzyskać, przestaje mrugać i zatrzymuje się. Wszystko to bardzo fajnie wygląda i jest niesamowicie intuicyjne. Nic trudnego!



Nad skalą temperatury znajduje się kilka wytłoczonych kropek, które mają chyba za zadanie być miejscem do trzymania kciuka. Ja osobiście nie lubię tego miejsca, drażni mnie ono. Ale rozumiem, ze producent miał na myśli nasze dobro :)



No to teraz czas na płytki. Jeden z ciekawszych elementów w tym urządzeniu. Klasyczne płaskie płytki prostujące w środku. Z zewnątrz zaokrąglone. Czyli, otwarte urządzenie jest prostownicą, zamknięte lokówką! Proste? Proste! I jakie pomocne! :) Nie mam pojęcia, jakiego rodzaju są to płytki. Nie pamiętam, a wymyślać nie chcę. Najważniejsze, że robią robotę. Nie rysują się, nie brudzą, nie widać żadnego śladu użytkowania, a moją biancę mam już prawie 3 lata. Na początku bałam się, że płytki będą zbyt wąskie. Długość była dla mnie idealna, zaś o szerokość się trochę obawiałam. Mam naprawdę trudne włosy. Okazało się jednak, że moje obawy były całkowicie niepotrzebne! Płytki mają idealny rozmiar!







Na samym czubku prostownico – lokówki znajduje się spłaszczony, srebrny plastik. Służy on na pewno do chwytania w tym miejscu urządzenia podczas stylizacji włosów. Miejsce to absolutnie się nie grzeje, także spokojnie można za nie łapać. Mnie się jednak nie przydaje.




Jednego, czego trochę mi brakuje to uchwyt na powieszenie sprzętu np. na jakimś wieszaku łazienkowym. A tak niestety moja biała lokówka leży sobie na półce.

Jeszcze coś, o czym prawie bym zapomniała! Nóżki! Podczas stylizacji włosów, rzadko zdarza się tak, że ciągle trzymamy urządzenie w dłoniach. Przecież musimy je czasem odłożyć na nasze piękne meble łazienkowe. A żeby ich nie zniszczyć, z pomocą przychodzą nam nóżki, które zabezpieczają nasze meble przed bezpośrednim dotykiem płytek. Nóżki są niewielkie, niewidzialne wręcz, nie przeszkadzają podczas stylizacji, ale skutecznie unoszą rozgrzane płytki i dzięki temu chronią nasze blaty przed uszkodzeniem wysoką temperaturą.




To by było chyba tyle. Nie wiem, czy prostownico – lokówka jest gdzieś dostępna w sprzedaży. Mam nadzieję, że tak. Zapomniałam Wam jeszcze wspomnieć o cenie. Kosztowała mnie ona dokładnie 105zł. Uważam, że jak za tak dobry sprzęt to naprawdę niewiele! 
 
O tym, jak prostuję i jakim sposobem (jest ich kilka) kręcę włosy napiszę Wam w oddzielnym poście!

Macie może tą prostownicę? A może macie coś podobnego? Czekam z niecierpliwością na Wasze komentarze i opinie :)
Mam nadzieję, że zaspokoiłam Wasze zainteresowanie. Czekam na dalsze propozycje postów!
Buziaki ! :*


poniedziałek, 2 marca 2015

ULUBIEŃCY - Luty 2015. Cz. II - Kolorówka.

Witam w drugiej części posta o ulubieńcach. W poprzednim pisałam Wam o moich ulubieńcach pielęgnacyjnych, teraz zaś opowiem Wam co nie co o tych kolorówkowych. Jest ich niewiele, ale są to perełki, które są ze mną codziennie od dłuższego czasu, co świadczy o tym, że są to naprawdę dobre rzeczy. Jesteście ciekawe, co takiego znalazło się w moich kolorowych ulubieńcach? Zapraszam do dalszej części posta!



  • INGLOT CIENIE 330M, 360, 423P.
Te cienie stanowią podstawę mojego makijażu dziennego. Piękne cienie, o prostych wykończeniach. O jakości nic chyba nie muszę pisać, bo każdy z Was zna cienie inglota i wie, jakie są i jak fajnie się nimi pracuje. Te trzy cienie to takie moje perełki na moje totalnie niemakijażowe dni. Kiedy nie mam weny i kompletnie nie wiem, co mam wymalować na powiekach, sięgam po te trzy cudaczki i wychodzi piękny, dzienny makijaż, w którym ja czuję się znakomicie.



  • BOURJOIS TWIST UP THE VOLUME.
Mój ostatnio ulubiony i ukochany tusz. Gości na moich rzęsach codziennie i kocham go miłością bezgraniczną. Szerszą recenzję pisałam niedawno na blogu (KLIK). Zapraszam do zapoznania się z tym kolegą. Jest naprawdę sympatyczny i znakomicie się z nim współpracuje!



  • PIERRE RENE LOOSE POWDER.
Tego pana chyba nie muszę nikomu przedstawiać? Biały puder, który tworzy na naszej twarzy piękny, matowy ale nie płaski efekt. Cudownie wykańcza makijaż, utrwala go, nie robi szkody na twarzy. Jest łatwo dostępny, sporej wielkości i na dodatek jest przystępny cenowo. Czego chcieć więcej? Może np. poczytać o nim więcej? :) (KLIK)



  • EDITT COSMETICS CIEŃ BIG.
Ci, co są ze mną od dłuższego czasu znają ten dziwny kosmetyk z mojego kuferka. Czemu dziwny? (KLIK) myślę, że trzeba o nim przeczytać więcej, żeby zrozumieć, o co mi chodzi. Ja tylko powiem Wam, że kocham go za jego wielozadaniowość, wykończenie, rozmiar, konsystencję, kolor. Za wszystko. To takie moje 'małe' 3w1 :)



  • ESSENCE BEAUTY BEATS BLUSH 01 GROUPIE AT HEART.
Nad tym kosmetykiem zastanawiałam się długo, czy ma się tutaj znaleźć i czy na pewno mam go Wam pokazać. Dlaczego? Nie dlatego, że go nie lubię, czy ma wady itp. Problem w tym, że pochodzi z serii limitowanej i już raczej go nigdzie nie dostaniecie. Wiecie, po prostu nie chciałam Wam robić smaka na coś, czego nie kupicie :D:D Postanowiłam jednak pokazać Wam kolegę ze względu na to, że używam go bardzo często, a zużycie jest niewielkie. Nie miałam nigdy żadnego różu z tej firmy, ale jeśli wszystkie inne są tak wydajne, jak ten, to jest to moje odkrycie roku :) Poza tym lubię jego kolor, jego konsystencję, to jak świeży efekt na twarzy daje, jak pięknie nie rozciera i nie schodzi z twarzy po upływie czasu. Rewelacja!



  • ESSENCE BIG BRIGHT EYES HIGHLIGHT IT... PEARLY.
Kolejna rzecz z Essence. Ale chyba wiecie, że bardzo lubię kosmetyki tej firmy? Temu kosmetykowi poświęciłam już post na blogu, więc zapraszam, jeśli macie ochotę zobaczyć go bliżej (KLIK). Wielozadaniowa kredka, używam jej do wielu trików makijażowych, o których być może niedługo napiszę. Pięknie rozświetla łuk brwiowy, fajnie wygląda także na linii wodnej oka. Mała, lekka, a działa cuda.



  • RIMMEL VINYL GLOSS 260 HAPPY SPIRIT.
Jest to mój zdecydowany ulubieniec, jeśli chodzi o produkty do ust. Mam go na ustach praktycznie non stop. Chodzi ze mną praktycznie wszędzie. Noszę go w torebce, kieszeni... wszędzie tam, gdzie tylko wejdzie. Pięknie wygląda na ustach, tworzy piękną delikatną, świetliście błyszczącą poświatę koloru na ustach. Jest delikatny i za to go uwielbiam. Pisałam o nim, więc już może więcej pisać nie będę. Zapraszam na recenzję (KLIK).



  • KOBO MODELING ILLUMINATOR WITH TEN'S UP.
Mój najlepszy korektor ever! Super kryje, super wygląda na skórze, niewiele kosztuje. Do tego super łatwa aplikacja, trwałość cały dzień. Pisałam o nim same ochy i achy i nadal się pod nimi podpisuję. Na blogu zajął już odpowiednie miejsce (KLIK).



To są już wszyscy moi ulubieńcy. Jak pisałam na początku, nie ma ich zbyt wiele, ale za to są to absolutnie najlepsze kosmetyki, których obecnie używam. Znacie moich ulubieńców? Może macie inne spostrzeżenia do moich? A może chcecie napisać, jacy są Wasi kolorowi ulubieńcy? Czekam, jak zawsze, na Wasze opinie w komentarzach!
Buziaki ! :*

ULUBIEŃCY - Luty 2015. Cz. I - Pielęgnacja.

Witajcie Kochani bardzo serdecznie!
Czy u Was także piękne słońce za oknem? Mam nadzieję, że tak!
W taki piękny dzień nie może mnie tu zabraknąć, a co za tym idzie, nie może zabraknąć ulubieńców, których nie dodawałam ze względu na dużą ilość recenzji, pozytywnych recenzji o wielu produktach. Dziś jednak dodam dwa posty. Pierwszy z nich, czyli ten, który czytacie teraz – będzie o ulubieńcach pielęgnacyjnych. Jako, że na co dzień skupiam się raczej na kolorówce, a o kosmetykach pielęgnacyjnych pisze mało, postanowiłam pokazać Wam moje absolutne hity pielęgnacyjne. Jesteście ciekawe? Zapraszam do dalszej części posta :)


  • LUKSJA GOLDEN DESIRE BATH FOAM.
Mój absolutnie ukochany, ulubiony i ubóstwiany płyn do kąpieli. Miałam każdy z możliwych zapachów i każdy z nich jest dla mnie fantastyczny! Uwielbiam go za pianę, brak przesuszania skóry, ogromną pojemność bo aż 1l, i oczywiście zapach. Ten, który pokazuję Wam na zdjęciu to zapach słodkiej mandarynki i orientalnej ambry. Co prawda za zapachami orientalnymi nie przepadam, ale ten odpowiada mi w stu procentach. Jest tak piękny i otulający, że brak mi słów. Używając za to jednego – polecam!


  • MARION SATYNOWE MLECZKO DO KRĘCONYCH WŁOSÓW.
Kupiłam to mleczko już dawno temu i rzadko używałam z racji tego, że moje włosy były traktowane lokówką (tak, tak napiszę o niej już niedługo). Od stycznia dałam włosom więcej luzu i postawiłam na moje naturalne loki. By je podkreślić używałam właśnie tego produktu. Gęsty balsam, po roztarciu w dłoniach zamieniał się w pastę, która po aplikacji na włosy pięknie podkreślała i uwydatniała naturalny skręt włosów. Super wydajny, super tani, mały więc świetny na podróż. Mleczko nie przesusza włosów, nie obciąża ich, nie tworzy skręconych, twardych strąków. No i najważniejszy plus za to, że używany na sucho i na mokro daje jednakowo świetne efekty. Rewelacja dla tych, którzy nie mają zbyt dużo czasu i chęci lub siły, by poskromić swoje puszyste loki.


  • CIEN GENTLE FACIAL WASH
O tym produkcie pisałam Wam już wiele, wiele razy. Dostępny w lidlu za dosłownie kilka złotych żel stanowi fundament mojej codziennej pielęgnacji. Nie będę się tutaj za bardzo rozpisywać – zapraszam Was na recenzję (KLIK).


  • KALLOS ARGAN COLOUR HAIR MASK.
O tym produkcie także pisałam Wam tyle razy, że aż mi głupio. Na temat tej odżywki mogę Wam napisać jedynie och i ach! Cudowna, ogromna, wydajna, świetnie pielęgnuje włosy – cóż chcieć więcej? Może tylko kilku słów więcej na jej temat. Zapraszam do przeczytania recenzji (KLIK).


  • JOANNA ULTRA COLOR SYSTEM.
To będzie dla Was nowość, gdyż nigdy nie pisałam Wam o tym, czym zwalczam żółty odcień z moim blond włosów. A właśnie takim oto szamponem! Niektóre z Was wiedzą, że moim poprzednim kolorem była ostra czerwień i niestety zdarza się, że wychodzi ona spod jasnego koloru włosów. Czasem zdarza mi się, że moje włosy mają gorszy dzień i zamiast pięknego blondu wychodzi bliżej nieokreślone kurczakowo żółte coś. Wtedy na ratunek przychodzi mi właśnie ten szampon. Przed umyciem włosów właściwym szamponem, na włosy nakładam ten specyfik, wcieram i pozostawiam na chwilę, po czym myję włosy tak, jak zawsze. Fakt, brudzi wannę, skórę i paznokcie także farbuje lekko na fioletowo, ale efekt, jaki daje zadowala mnie w pełni. Polecam blondynkom z problemami żółtego odcienia :)


  • JOANNA ARGAN OIL.
Te z Was, które śledzą mnie na instagramie, widziały, że testuję ten olejek od jakiegoś czasu. Przepił olejek z Eveline o którym pisałam Wam ostatnio (KLIK). Ten jest gęstszy, mam wrażenie, że bardziej treściwy, ma bardzo przydatną pompkę, solidne opakowanie i jest tani. Na włosach działa cuda, świetnie je nawilża, pielęgnuje. Fajnie sprawdza się także stosowany na włosy na całą noc, lub aplikowany na włosy kilka godzin przed ich umyciem. Polecam, polecam, polecam!



To by było na tyle z moich ulubieńców. To są oczywiście produkty, które są w mojej pielęgnacji absolutnymi hitami i na pewno na długo zagoszczą w mojej łazience, czy też kosmetyczce! :)
Powiedzcie mi, jakie są Wasze ulubione produkty w codziennej pielęgnacji. Czekam na Wasze opinie w komentarzach!
Buziaki ! :*